TOM I - Fennoskandia

Rozdział 1 - Narodziny
Rozdział 2 - Próba i wybór
Rozdział 3 - Dorosła
Rozdział 4 - Sen
Rozdział 5 - Świt nad Danią
Rozdział 6 - Ona i On
Rozdział 7 - Córka Króla
Rozdział 8 - Długa droga do chwały
Rozdział 9 - Ostatni Fin
Rozdział 10 - Bjorn Einar
Rozdział 11 - Kobieta
Rozdział 12 - Łzy
Rozdział 13 - Kometa
Rozdział 14 - Królowa Finlandii...
Rozdział 15 - Po co Słowianom kobiety wikingów???
Rozdział 16 - Duma i łzy.
Rozdział 17 - Wiele gorących, pojedynczych łez...
Rozdział 18 - Fińska wiedźma
Rozdział 19 - Droga bez powrotu.


TOM II - Słowiańszczyzna


Rozdział 1 - Veja
Rozdział 2 - Co też można spotkać w lesie...
Rozdział 3 - Wojowniczki i On...
Rozdział 4 - Ona
Rozdział 5 -
Rozdział 6 - Początek drogi donikąd...
Rozdział 7 - Kiedy wspomnienia zaczynają ciążyć...
Rozdział 8 - Początek.
Rozdział 9 - Groźba
Rozdział 10 - Niespodzianka
Rozdział 11 - Pani swojego ludu
Rozdział 12 - Magia Żywiołów Rozdział 13 - Jak ze ślepym o kolorach
Rozdział 14 - Wikingowie cz. I
Rozdział 14 - Wikingowie cz. II - Frue
Rozdział 15 - Wikingowie cz. III - Wilcze jagody
Rozdział 16 - Droga
Rozdział 17 - Drużyna
Rozdział 18 - Nauczyciel

†Historia Wojowniczki Bogów†

Bohaterowie



† Przenieś mnie w swój świat †

Dodaj do ulubionych






† Zebraliśmy się tu
wszyscy... wojowników †


Here our Soldiers stand
from all around the World
waiting in a line
to hear the battle cry
all are gathered here
Victory is near
The Sound will fill the hall
bringing Power to us all
we alone are fighting
for metal that is true
we own the right to live the fight
we're here for all of you
Now swear the blood upon your Steel
will never dry
stand and fight together
beneath the metal sky


Brothers everywhere
raise your hands into the air
we're warriors, warriors of the World

Like thunder from the sky
sworn to fight and die
we're warriors, warriors of the World


Many stand against us
but they will never win
We said we would return
and here we are again
to bring them all Destruction
suffering and pain
We are the Hammer of the gods
we are Thunder wind and rain
there you wait in fear
with swords in feeble hands
with dreams to be a King
First - one should be a man
I call them out
and charge them all
with a life that is a lie
and in their final hour
they shall confess before they die


Brothers everywhere
raise your hands into the air
we're warriors, warriors of the World

Like thunder from the sky
sworn to fight and die
we're warriors, warriors of the World


If I should fall in battle
my brothers who fight by my side
gather my horse, and weapons
tell my Family how I died
Until then I will be strong
I will fight for all that is real
All who stand in my way will die by steel




† Wezwani pod broń †
gwynvadimnazgul-story
Miecz, który co dzień ratuje ci życie, może pewnego dnia zwrócić się przeciwko tobie...

† ... † >> niedziela, 11 stycznia 2009 20:05:51
...


komentarze [0]

† ... † >> niedziela, 26 października 2008 17:12:35
...


komentarze [0]

† ... † >> niedziela, 10 sierpnia 2008 19:15:04
Żeby bloga nie stracić...


komentarze [0]

† ... † >> wtorek, 27 maja 2008 14:16:33
Nie będę przepraszała, bo nie mam za co. Notka tylko po to, by nie skasowano frama... Możekiedyś w przyszłości coś sie tu pojawi. Ale jeśli nie dostanę sie na studnia... No cóz, nie będę Was zanudzać...


komentarze [0]

† Edukacja... † >> środa, 12 marca 2008 18:06:47
Jestem tak pochłonięta doksztacaniem sią "Ostatnią Sagą" i "Bohunem", że wena ucieka ode mnie jak zdziczała. Jak zapowiadałam wieki temu, dokończę frama, kiedy przyjdzie na to czas. Czyli albo kiedyś, albo nigdy.
Pozdrawiam i fanatyków, oraz znudzonych wędrowców zapraszam do siebie za jakiś czas.


komentarze [2]

† ... † >> środa, 26 grudnia 2007 10:44:14
Obawiam się, że Fram tuz przed końcem zupełnie się wypalił. Nie mówię, że już nie wróce. Chciałabym go zakończyć i zacząć cos nowego.
Jeśli dodam rozdział poinformuje o tym chętnych.
Pozdrawiam serdecznie


komentarze [2]

† ... † >> czwartek, 11 października 2007 09:59:56
Piszę... Ale naprawdę nie mogę sie zebrać...


komentarze [5]

† Kolejna informacyjna... † >> wtorek, 14 sierpnia 2007 20:52:46

Niezwykle mi przykro, że Was zawiodłam, ale po raz kolejny nie dodam dzisiaj kolejnego rozdziału. Żałuję, ale wyjeżdżam na kilka tygodni i musze zostawić opowiadanie takim, jakie jest teraz. Do końca rozdziału zabrakło dosownie dwóch dni. Niestety, dokończę go dopiero we wrześniu, po powrocie.
Pewnie niektórzy zstanawiają się czemu to tak długo trwa. Śpiesze z wyjaśnieniem, iż najbliższy rozdział to tak zwny początek końca II tomu. Dobiegam do zakończenia, musze upiorządkowac wątki i wszystko przemyśleć raz jeszcze, by zakończenie miało sens. Mam nadzieje, że wytrzymacie jeszcze miesiąc. W zamian za to obicuję długi i dobry, na moje możliwości, rozdział.
Pozdrawiam serdwecznie i życzę udanej końcówki wakacji.


komentarze [4]

† ... † >> piątek, 27 lipica 2007 20:57:47
Przepraszam, że tyle to trwa, ale bardzo ciężko pisze się ten najnowszy rozdział. Mam nadzieję, że po przeczytaniu będziecie usatysfakcjonowani. Pozdrawiam serdecznie i prosze o jeszcze kilka dni cierpliwości.


komentarze [4]

† Nauczyciel † >> sobota, 12 maja 2007 18:34:09
Mróz, zapowiadający bezśnieżną zimę, skuł błota sprawiając, że nawet najlepiej podkute zwierzęta ślizgały się na brunatnych, skrzących od szronu powierzchniach dróg, wiodących na zachód. Morze szumiało, ścięte tuż przy brzegu taflą tak kruchą, że pierwsze, zimne promienie słońca mógłby ją rozpuścić. Ogrom wody marszczył się lekko, muskany wiatrem od lądu, pachnącym igliwiem i smołą z rybackich osad.
Kasztanowata klacz Zatarii zastrzygła uszami na widok kilku mew, spacerujących po cienkim lodzie. Zmrożony piasek cicho trzeszczał pod kopytami dwóch wierzchowców idących stępa. Słońce słało ze wschodu pierwsze blade promienie, kiedy Słowianka i Wiking wyruszyli z Grodu na swoje poranne ćwiczenia.
Blondynka ze złośliwym uśmiechem zdjęła płaszcz i przewiesiła go przez niski łęk siodła. Poprawiła rękawice i sprawdziła, czy sięga rękojeści swojej broni.
Cynrik patrzył na to bez uśmiechu. Zastanawiał się tylko, ile ta, wciąż jeszcze młoda, kobieta zdążyła się od niego nauczyć. Obawiał się, że wciąż zbyt mało, by przeżyć.
Zacisnęła łydki na końskich bokach, skłaniając kasztankę do nagłego zwrotu i gwałtownego zagalopowania. Pierwszy takt końskiego chodu wybił ją z siodła sprawiając, że miecz nieco wysunął się z pochwy na plecach. Była na to przygotowana. Trzymając wodze lewą ręką, prawą sięgnęła po broń, która zalśniła krótkim błyskiem światła odbitego od skrzących drobinek szronu.
Zaatakowała z góry, od razu popełniając błąd. Uderzyła sztywną ręką, bez możliwości manewru ostrzem licząc, że przewaga jaką dał atak z zaskoczenia, wystarczy.
Nie wyciągnął nawet broni. Szarpnął wodzami, a jego wierzchowiec odskoczył gwałtownie. Miecz opisał pełne koło i zamiast zatrzymać się przy strzemieniu, pociągnął Zaratę ruchem przenoszącym. Zwierze, obciążone pędem broni, obróciło się dookoła własnej osi, a przerażona blondynka unieruchomiła ciężkie ostrze butem.
- Zasada ruchomej gardy obowiązuje zawsze. Nawet przy pchnięciu z konia, nie mówiąc już o cięciu płaskim. Ty masz prowadzić miecz, nie lecieć za nim, siłą jego rozpędu i ciężaru. Sztywną ręką tego nie zrobisz. Nadgarstek musi pracować, inaczej przy ścięciu z silniejszym przeciwnikiem złamiesz obie kości ramienia. – stwierdził chłodno, poprawiając płaszcz z wilczej skóry, który lekko zsunął się z jego kolan.
- Dlaczego? – zainteresowała się, chowając broń do pochwy na plecach i ruszając przed siebie. Uśmiechnął się z wyższością.
- To tak, jak z gałęzią. Jeśli uderzasz jedną o drugą, to która pierwsza się złamie? Atakująca, czy blokująca? – blondynka zmarszczyła brwi, przekładając wodze z ręki do ręki.
- Atakująca.
- I tak samo jest z mieczem. A jeśli broń wytrzyma, to siła uderzenia może być przeniesiona po ostrzu, na rękę. – skwitował i położył się na końskim zadzie, wyginając kręgosłup. Gniady wałach zamachnął się ogonem, kiedy jeden z warkoczy Cynrika otarł się o jego sierść.
Znów popełniła błąd, który mógł ją kosztować tam, na północy zdrowie, jeśli nie życie. Galopując przez smagane zimnym wiatrem wydmy, starała się wyczuć właściwy moment, kiedy to właśnie takim, prowadzonym przez zablokowany nadgarstek ciosem sprawi, że dumny wojownik wyląduje na ziemi. Jechali bez płaszczy, wiec miała większe pole manewru i szersze zasięg cięcia. Gdyby tylko udało się trafić na moment, w którym przestanie się pilnować.
Wyjechali na trakt wiodący od klifu, do osady. Rzadko uczęszczany dawał ogromne możliwości. Zarata odrzuciła płowy warkocz na lewe ramię i poprawiła prawą rękawicę. Skracając wodze, obserwowała Jolssona spod przymkniętych powiek udając, że zupełnie pochłania ją panorama między końskimi uszami.
Ostrze błysnęło w najmniej spodziewanym momencie. Cynrik, odchylony lekko w siodle wyciągnął miecz lewą ręką i uderzając tuż przy jelcu, z dużą siłą, zrzucił Zatarię z siodła. Jego broń opadła spokojnie do strzemienia jeszcze zanim zawrócił konia, żeby zaczekać na Litwinkę.
Siła, z jaką uderzyła o ziemię, wywołała krwotok. Zarata, starając się go powstrzymać, niezdarnie podniosła się i doczołgała do najbliższego drzewa. Oparta o pień, uniosła głowę, pozwalając by łzy bólu i upokorzenia mieszały się z krwią. Odwrócił głowę, wiedząc z doświadczenia, że żadna kobieta nie lubi mieć świadków w chwilach słabości. Oszołomienie minęła i po chwili blondynka z trudem stanęła na nogach, wycierając twarz rękawem płóciennej koszuli. Czarnowłosy pochylił się lekko w siodle, podając jej bukłak z wodą. Bez słowa.
Słowa nie były potrzebne. Wystarczyła krótka lekcja, żeby Zataria pojęła, że Jolsson chce jej pomóc. W przeciwnym wypadku, mógłby uderzyć niżej i zgruchotać ramię. Wiedziała, że po takim złamaniu mogłaby, co najwyżej, prząść bo z tkaniem byłby problemy.
*
- Tfu! Księżniczka… Cudownie. – Regis szczelnie owinął się płaszczem i ruszył uliczką Jomsborga, starając się nie zwracać uwagi na rozlicznych gapiów krążących wokół okazałego domu jarla Sjurdssona. Szedł szybko, oddalając od pochodni rozświetlających gęsty, zimowy mrok.
Uroczystości na cześć Porfirii trwały nieprzerwanie od rana, kiedy to wraz ze wschodzącym słońcem, zawitali na wyspę. Najpierw modły w chramie, potem śniadanie i prezentacja wojów, a dalej uczta, trwająca bez mała sześć godzin, chociaż po ilości biesiadników spoczywających pod stołem, można by wywnioskować, że dopiero się zaczęła.
Podniósł głowę i zatrzymał się zaskoczony. Tuż przed nim stały dwie kobiety, ubrane po męsku, obie przy mieczach. Wysokie, dobrze zbudowane blondynki o szerokich biodrach i, jak zdążył zaobserwować w świetle pochodni trzymanej przez jedną z nich, niebieskookie.
- Zobacz Alfhild, niebrzydki. – wojowniczka zbliżyła się do Regisa, mierząc go ciekawskim spojrzeniem.
- Wygląda na to, że jeszcze całkiem trzeźwy. – rzuciła ta nazwana Alfhild, zbliżając się z pochodnią. – Nie obawiaj się nas. Nie zrobimy ci nic złego. – dodała cichym, miękkim głosem, kiedy nieco się cofnął.
- Można powiedzieć, że wprost przeciwnie, mój drogi. – uśmiechnęła się druga. Była nieco niższa i miała delikatniejsze rysy. Kiedy płynnym ruchem dotknęła jego policzka zauważył, że na nadgarstku ma tatuaż.
- Jormungander. – szepnął, patrząc spokojnie na bliźniaczo podobne kobiety. Blondynki skinęły głowami z wyższością i wymieniły kilka uwag w jakimś gardłowo brzmiącym języku, którego nie rozumiał.
Bardziej wyczuł, niż usłyszał, że ktoś stoi za jego plecami. Odwrócił się powoli i zobaczył jeszcze jedną. Ta, oprócz miecza, miała przy sobie niewielką kuszę, teraz nonszalancko opartą o ramię.
- Jak kotki w rui… - westchnęła, mijając go obojętnie.
- Ragne, starczy dla wszystkich. Wygląda na zdrowego.
- I jest trzeźwy! – dziewczyna z kuszą odwróciła się niespiesznie, mierząc go od stóp, do głowy.
- Skoro tak twierdzicie. – uśmiechnęła się drapieżnie. Regis oniemiał. Otaczały do wysokie, niebieskookie blondynki, najpewniej najemniczki. Sądząc po języku, jakim się posługiwały między sobą, pochodziły z północy.
Jedna z dziewcząt pchnęła go delikatnie w stronę zadbanego budynku, krytego strzechą. Pociągnął nosem, wyczuwając ostrą i jednocześnie przyjemną woń dobrze wysuszonego siana. Dopiero wtedy pojął, o co im chodzi. Uśmiechnął się przepraszająco, ukazując kły nieco dłuższe niż zwykle spotykane u ludzi, ot, taki mankament urody. Z resztą, chyba jedyny, jakiego można się było doszukać w Wybrańcu z południa. Najniższa z dziewcząt ustąpiła pierwszeństwa przywódczyni – Ragne.
Cofnął się gwałtownie, ale za plecami miał tylko ścianę stodoły, zaś przed sobą trzy, jak najbardziej przyjaźnie usposobione kobiety. I nagle ten mocno idylliczny obrazek przerwało pojawienie się Jormunda z rogiem wypełnionym czymś, co mogło być tylko kiepsko sfermentowanym piwem. Mina Saksona nie wróżyła bynajmniej tego, iż zamierza poczęstować towarzysza owym napitkiem. Zupełnie inną sprawą było to, że Regis nie napiłby się tego specjału nawet gdyby od tego zależało jego życie.
- Forsvinner! – krzyknął w kierunku kobiet – Precz suki… - powtórzył i oparł się o ścianę tuż obok czarnowłosego, dysząc jak po wielkim wysiłku. Śmierdziało od niego jak z gorzelni. Wiking splunął w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stały trzy wojowniczki.
- Nie powinieneś sam chodzić po osadzie. Za dużo tu chętnych, żeby się z tobą spróbować. – stwierdził wybierając w gęstej brody kawałki pieczonej ryby. –Nie wszyscy na miecze, jak pewnie zauważyłeś. – dodał, krzywiąc się niechętnie. Widocznie jego opinia na temat trzech apetycznych blondynek nie była najlepsza.
- Frue nie powinna zostawać sama. Sjurdsson to dobry człowiek, ale nie wszyscy są szczęśliwi z powodu wizyty pani z Helsingoeru. Ktoś chciał ją zabić, nie zapominaj o tym nawet, jeśli uganiasz się za miejscowymi, bez jej wiedzy.
- Nie musze się jej tłumaczyć. – stwierdził Regis sucho, ruszając w drogę powrotną.
- Odnoszę zupełnie odmienne wrażenie. – uśmiechnął się Gal i upił potężny łyk piwa, które stróżką pociekło mu po brodzie, mocząc i tak brudną koszulę – Zupełnie odmienne… – powtórzył.
*
Lamia z zazdrością patrzyła na kuzynkę otoczoną wojownikami, rozprawiającą o czymś półgłosem. Tuż obok jasnowłosej Litwinki, na mocno zbudowanym wierzchowcu, siedział wiking i nonszalancko ssał długie źdźbło słomy. Przez chwilę patrzył na kobietę stojącą na progu domu Milara, by zaraz zwrócić się z uśmiechem do Zatarii, odchylonej w siodle.
- Wracaj do gospodarstwa. – warknął Ziemowit, poprawiając ciężki płaszcz zimowy. Na rybich pęcherzach w oknach osiadła cieniutka warstewka szronu, mimo, że od świtania upłynęło już sporo czasu. Dziedzic Mściborowego Grodu wskoczył na swoja zgrabną kasztankę i dał wojom znak do drogi. Jak zawsze ruszał na zimowy objazd wokół ojcowizny i przyległości winnych lenno jego ojcu. Zarata i Cynrik korzystając ze sposobności jechali wraz z nimi, w poszukiwaniu śladów zaginionej Viernej.
- Zabierz Mieszka i wracaj do izby. – fuknęła Latavia, zawinięta starannie w wełniany szal. Jej surowe spojrzenie złagodniało nieco, gdy patrzyła w ślad za oddalającą się sylwetką pierworodnego.
Zganiona dziewczyna, zaszyła się w izbie kuchennej, pokrzykując na, jej zdaniem, ospałe niewolnice. Obawiała się, że przez te eskapady braci i kuzynek nie zdąży z przygotowaniami do święta Przodków. Chciała ustawić barwione gliniane misy na puszystym śniegu i włożyć nową, bardzo ciepłą pelerynę z białych wilków, którą ojciec przywiózł od księcia. Pech chciał, że noc zimowego przesilenia zbliżała się wielkimi krokami, a z nieba nie spadł nawet jeden płateczek śniegu. Zła na wszystkich i wszystko szturchnęła duńską niewolnicę, wracającą w dziedzińca i poszła sprawdzić, czy zaczyn doszedł.
*
Westchnęła… Westchnienia potrafią być różne i wyrażać mnóstwo uczuć. Bywają westchnienia znudzone, zdenerwowane i niecierpliwe. To było chyba najprzyjemniejsze spośród wszystkich, jakie świat miał okazję poznać i wykształcić. Westchnienie rozkoszy.
Vierna westchnęła znowu, odchylając głowę do tyłu pod wpływem ust Wizuna. Przesunęła dłońmi po jego ramionach i starając się powstrzymać jęk przygryzła leciutko dolną wargę. Sama nie wiedziała, dlaczego pozwalała mu na to wszystko. Czemu właśnie jemu, zupełnie obcemu mężczyźnie, który wyrządził jej tyle krzywd. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy wtulił policzek w zagłębienie jej szyi. Przez chwilę leżeli w milczeniu, uspokajając oddechy i doznania.
- Zostańmy tu jeszcze trochę. – poprosiła, unosząc się nieco – W Mściborowym na pewno nikt na mnie nie czeka. Mają ważniejsze rzeczy do roboty. – Pokiwał głową, nie kryjąc rozbawienia.
- Słyszałaś, co Wisz mówił? Postawiłaś cały Gród na nogi. Gdyby nie wikingi już dawno by nas wytropili. Ciebie zabrali, a mnie odpowiednio podziękowali za opiekę. – Potarła nosem szyję i wyswobodziła się niechętnie z jego objęć.
- W takim razie, skoro naprawdę musimy, to jedźmy. Do świątyni, na cyplu. – zaproponowała nieśmiało.
Wciąż krepowała się wstawać przy nim zupełnie naga. Zakładając spodnią koszulę poczuła jak delikatnie całuje jej bok. Przymknęła oczy, chcąc zatrzymać to wrażenie na zawsze, kiedy już ich rozdzielą, bo była pewna, że ojciec nie zgodzi się nigdy na takie małżeństwo. Przez ostatnie dni, które spędzili u Wisza, starego zielarza, Vierna zaczęła się zastanawiać, jak przekonać matkę do swojego planu. Może i jej wybranek nie był najbogatszy i nie pochodził z zacnej ziemiańskiej rodziny, ale był dobrym człowiekiem. Nauczyła się cenić to, co dał jej złośliwy los. A dał jej najpierw łzy i upokorzenie, a potem wybawienie, mające postać Wizuna.
- Wstajesz już? Dopiero świta. – zamruczał, układając się w pościeli.
- Dzisiaj ja oporządzam zwierzęta. – pogładziła go po lekko zapadniętym policzku – Śpij jeszcze, obudzę cię, jak wrócę. – dodała cicho, sięgając po suknię i buty, po czym na palcach wymknęła się do zagrody.
Karmiąc dychawiczne kozy i kościstą krowę nie mogła się pozbyć irracjonalnego poczucia groźby. Jakby czyhało na nią wielkie niebezpieczeństwo. Nerwowo rozejrzała się po niewielkiej szopie, opierając się o ciepły bok wizunowego wałacha. Koń potarł chrapami o jej bok i parsknął uspakajająco, strzygąc ciekawsko uszami. Wsunęła dłoń do żłobu i nabrała w nią garść obroku. Gniadosz z ufnością spróbował jedzenia z ręki, która od wielu dni czyściła go i karmiła. Vierna pogładziła miękki, wrażliwy pysk zwierzęcia i oparła policzek o jego masywny, pochylony nad kark. Wyliniały, stary kocur otarł się o jej nogi i zamiauczał cicho. Z rezygnacja spojrzała na smętnie wiszące, puste wymiona krowy i westchnęła. Po chwili siedząc na niskim pniaczku usiłowała wydoić niespokojną krasulę, która porykiwała boleśnie przy każdym pociągnięciu.
Dziewczyna schowała twarz w dłoniach. Była głodna i zła na siebie, za nieostrożność i brawurę. Ale mimo wszystko nie chciała wracać do domu. Wolała nawet ten głód i niedostatek w chacie zasuszonego na wiór zielarza, byle tylko w towarzystwie jasnowłosego Wizuna. Przed krzywą, chylącą się ku ziemi chatynką, Zataria umyła ręce w lodowatej wodzie i starannie owijając się zbyt cienkim płaszczem, wróciła do izby. Rozbierając się do spodniej koszuli nie myślała już o niczym, poza silnymi ramionami, czekającymi tylko na to, żeby ją przytulić i rozgrzać po wędrówce przez zamarznięte podwórko.
Przygarnął ją do siebie, niespiesznie zdejmując z niej koszulę i przykrywając skórami.
- Nie mówię, że to dobry pomysł. – zaczął, gładząc jej ramię i pozwalając by mała dłoń kreśliła jakieś znaki na jego torsie. Zamruczała coś błogo, tuląc się mocniej.
- Będziemy mieli problemy. Oboje. – westchnął, kiedy jej usta przesunęły się po jego skórze zwiastując niezwykle przyjemne przebudzenie. – Ale pojedziemy do świątyni i zaczekamy, aż wszystko się uspokoi. Tak, jak chciałaś. – nie odpowiedziała. Wizun westchnął cicho.
- Całkiem zwariowałaś. – stwierdził, gładząc jej włosy –Ale bardzo mi się podoba to twoje szaleństwo. – odpowiedzią był tylko cichutki śmiech.
*
Zamra uśmiechała się pod nosem, przekraczając bramę Zborowa. Wszystko okazało się niezwykle proste, jakby ludzie z osady zamiast obawiać się napadu, szykowali się właśnie do przyjęcia niezobowiązującej wizyty. Nie po raz pierwszy zwątpiła w zdolności Dzierzby, która uważała się za największy cud całej słowiańszczyzny. Zaraz po przekroczeniu ostrokołu sytuacja zmieniła się diametralnie. Przy centralnym słupie, po środku osady stał zgarbiony starzec z mlecznobiała brodą. Wspierał się na długiej lasce rzeźbionej w skomplikowany sposób. Blondynka pochyliła głowę, błogosławiąc pomysł włożenia rucianego wianka. Ściągnęła wodze i zatrzymała wierzchowca tuż przed starcem, patrzącym na nią przepastnymi, czarnymi jak noc, oczami. Jej drużyna zatrzymała się znacznie dalej i skłoniła z pokorą.
- Witajcie ojcze. – szepnęła, a Żyrzec skinął głową. Zdawałoby się, że jego wiotką postać może złamać nawet silniejszy podmuch ostrego, zimowego wiatru. Kobieta znała jednak kapłanów na tyle dobrze, by nie ufać ich fizjonomii dobrotliwych staruszków o ciepłym uśmiechu. Zsiadła z konia i odważnie spojrzała w przerażającą głębię oczu mężczyzny. Nie wiadomo skąd, tuż za jej plecami, pojawił się zwalisty, rudy mężczyzna.
- Witajcie jasna panienko. Jestem Maciej, pan tego dworu. Niby taki pomniejszy książę, się znaczy. – uśmiechnął się sprośnie. – A to jest Wisz. Mądry, się znaczy. – dodał z wyraźnym zakłopotaniem patrząc na wianek blondynki, przekrzywiony smętnie nad czołem. Kiedy wyciągnął rękę, by go oprawić, poczuł na nadgarstku lodowaty dotyk stali. Blondyn odziany z szary płaszcz z drogiej wełny stanął jak duch między Maćkiem z wieszczką.
- Nie tykajcie panie. – powiedział uprzejmie, kiedy zaskoczony pan na Zborowie cofnął się. Właścicielka wianka milczała, wciąż wpatrując się z Wisza z nietajoną wrogością.
- Przyjechaliśmy tu w drodze do Świtezi i chcielibyśmy wypocząć. – uśmiechnęła się na poły niewinnie i kusząco, ale jej oczy pozostały zimne. Rudy mężczyzna chrząknął i rozejrzał się niepewnie.
- Bramy Zborowa zawsze są dla was, pani, otwarte. – rzekł wreszcie, krzyżując ręce na piersi. Zamra zacisnęła nieco wargi, starając się nie roześmiać. Stary wojownik wyglądał co najmniej osobliwie ze swoimi rzadkimi, spłowiałymi włosami i rubasznym uśmiechem, kiedy spoglądał na którąś z jej towarzyszek.
- Radam wam, panie. A za gościnę podziękuję, kiedy przyjdzie ruszać. A teraz wskażcie nam dom, w którym możemy spocząć, bo wielceśmy strudzeni. – w jej głosie przebijał wyraźny rozkaz, bez cienia prośby, a oczy Zamry utkwione były w Maćku. Skłonił się niemal do samej ziemi i pobiegł, kołysząc się jak kaczka, by wydać rozkazy. Blondynka raz jeszcze skłoniła się żyrcy i ruszyła przed siebie, błogosławiąc kobiety i dzieci ciepłym uśmiechem, pięknych ust.
- Przybek ze mną, reszta – szukać dziewki. – syknęła i ruszyła dalej, nie oglądając się za siebie. Wszystko wydawało się być takie niezwykle proste.
*
Obudziło ją niezwykle ostre światło wpadające do izby i przeraźliwie głośne rozmowy służby tuż pod drzwiami. Usiadła gwałtownie i poczuła potworne mdłości. Nie zdążyła nawet podziękować dobrym duchom za to, że postawiły tuż przy posłaniu duże wiadro, bo natychmiast ulżyła żołądkowi, znękanemu wieczorną pijatyką. Wyczerpana opadła na stertę skór i jęknęła. Tępy ból umiejscowił się w czaszce tuż za oczami i raz po raz przybierając na sile, dawał o sobie znać. Myszy pod podłoga toczyły zażartą bitwę o jakieś resztki, a kot który wśliznął się przez uchylone okiennice najpierw zamiauczał rozdzierająco, by następnie zacząć chodzić po drewnianej podłodze tupiąc, jakby postawił sobie za zadanie wyprowadzenie kobiety z równowagi. Po chwili przebrzydły futrzak rozsiadł się w nogach jej posłania i zamruczał cicho, układając się w miękkich skórach. Kobieta znów poczuła, że wnętrzności domagają się swoich praw. Leżąc z głową opartą o chłodną ramę drewnianego łoża, usiłowała przypomnieć sobie cokolwiek z popołudniowej uczty. Niesmak w ustach, wywołany sensacjami żołądkowymi wzrósł znacznie, kiedy napiła się wody z czarki, stojącej u wezgłowia. Kot wodził za nią przymkniętymi, bursztynowymi oczami, które nadawały jego zgrabnemu pyszczkowi wyraz zgoła prześmiewczy.
- Śmiej się, śmiej… – zachrypiała czarnowłosa, zasłaniając twarz dłońmi – Ale przyjdzie czas na ciebie. A wtedy gospodarz przetrzepie ci futro za lenistwo. Nawet ja słyszę, jak myszy harcują pod podłogą. – Zwierzak w odpowiedzi uniósł tylna nogę i przystąpił do gruntownej toalety porannej. Zniechęcona, odwróciła się na drugi bok, starając się zasnąć. Jeszcze w domu słyszała, że dzień po solidnej pijatyce należy przesypiać.
- Wasza książęca mość wstała! – ucieszyła się córka jarla stając w drzwiach. Nie czekając na zaproszenie, szeroko otworzyła okno wpuszczając do izby potworny gwar głównej arterii osady i stanowczo za dużo, jak na możliwości Porfirii, ostrego, słonecznego światła. Tęga, jasnowłosa dziewczyna powodowana najlepszymi chęciami wołała od progu służbę, żądając pieczonego mięsa, placków i piwa. Na sama myśl o tych specjałach Veji znów zrobiła się niedobrze. Szczęściem dla jej dumy, odgłos napełniania wiadra stłumił ruch pod drzwiami, gdzie gromadziły się niewolnice, mające o nią zadbać. Dziewki przekrzykiwały się i przepychały, czyniąc uporczywy ból głowy swojej pani, jeszcze bardziej nieznośnym. Olava, córka Sjurdssona, znów pojawiła się w izbie.
- Zaraz przygotuję kąpiel, Frue. A potem prawdziwa ucztę. Ojciec mówił, że wczoraj mało co jedliście, pani. – Kiedy zobaczyła kota, leniwie układającego się na brzuchu dostojnego gościa, krzyknęła ze złości. Zwierze zamiauczało przeraźliwie, a Porfiria poczuła, że traci kontakt ze światem.
*
Ledwie słońce przeszło na zachodnia stronę niebo, oczom jeźdźców okazały się rozstaje, z potężnym kamieniem granicznym i wyrytymi na nim runami. Ziemowit zatrzymał wojów i skłonił się głęboko wyrytemu w materii heksagonowi, symbolowi Peruna. Zarata pochyliła przed nim głowę, zaś Cynrik dotknął skroni, ust i serca, jak zwykł to czynić przy powitaniu.
- Stąd pojedziemy na południe, podług kamieni granicznych. – poinformował sucho Ziemek, unikając wzroku kuzynki.
- Pokręcimy się po zachodniej ścianie i wrócimy do Grodu przed wami. – stwierdziła blondynka, bez entuzjazmu. Bezśnieżny początek zimy zwiastował, że będzie ona długa i bardzo nieprzyjemna. Wiking dzielnie stłumił ziewnięcie. Poprzedniego wieczoru długo rozmawiał z Zatarią o trasie ich podróży i obudził się wyjątkowo niewyspany, zapewne dlatego, że noc spędził na drewnianej podłodze w izbie milarowej siostrzenicy, przykryty przez dziewczynę solidną derką. Kiedy dzidzic żegnał się z nim, wojownik ledwie coś mruknął, otulając się swoim płaszczem z wilka.
- To, dokąd teraz? – westchnął, niezadowolony z chwiejności jej decyzji. Wojowniczka błysnęła zębami w szerokim uśmiechu.
- Na zachód, jak ustaliliśmy. – szarpnęła wodzami i powoli ruszyła przed siebie. Tętent ziemowitowej drużyny oddalał się z każdą chwilą. Zarata odetchnęła pełną piersią i pozwoliła, by koń ruszył przed siebie galopem. Czarnowłosy też się uśmiechnął ruszając za towarzyszką.
Interesowała go coraz bardziej, od chwili kiedy po raz pierwszy ją zobaczył, a ich oczy spotkały się w trakcie gniewnej wymiany poglądów na temat najemników. Po kilku dniach ćwiczeń, w czasie których wciąż posyłał ją na kolana w dowolnym momencie, zaobserwował nie złość, a chęć udowodnienia mu, iż jest godną przeciwniczką. Cynrik nauczył się ukrywać zadowolenia, kiedy Zarata szczególnie dobrze i pomysłowo szukała jakiejś dziury w jego sztychach i paradach zapominając, że kształcono go w tym, by nie popełniał błędów. Starał się nie myśleć o tych chwilach, kiedy Zatarię łapał skurcz i trzeba było nakłuć mięsień, by wrócił do pracy. Wolał nie przywiązywać wagi do jej spojrzenia, kiedy opatrywał jej draśnięte przypadkiem ramię, czy masował stłuczony bark. Udawał, że to wszystko nie ma żadnego podtekstu, drugiego dna. Mimo że to, co widział w zielonych oczach litewskiej Wojowniczki Bogów, mogło oznaczać wdzięczność, choć wcale nie musiało nią być.
*
Kiedy zatrzymał konia na niewielkim wzgórzu, porośniętym karłowatą leszczyną, miał widok na spory kawałek okolicy, a przede wszystkim na drogę, wijąca się jak wielki, leniwy wąż przez gęsty, szpilkowy bór. Myszaty wałach potrząsnął łbem i sięgnął swoim miękkim pyskiem po oset wystający spomiędzy długiej, zmrożonej trawy. Jeździec mocniej otulił się płaszczem i wrócił do przeżuwania wędzonej dziczyzny, a którą wyposażyła do na drogę Domina.
- W grodzie Śmierć! Śmierć w grodzie! – zaśpiewał złowieszczo wiatr. Czarnoksiężnik drgnął, kiedy tuż obok, z cichym szelestem skrzydeł przeleciały dwa potężne kruki. Ptaki przez chwile krążyły nad nim, po czym odleciały za zachód, kracząc przeraźliwie.
- Zawracaj, człowieku! W grodzie Śmierć! – powtórzyła Ziemia. Wierzchowiec Moriego potrząsnął głową i niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę. W oddali, poprzez zaorane pole gnały trzy konie, poganiane bez litości przez swych właścicieli. Białowłosy cofnął się w gąszcz, a jego brunatny płaszcz zlał się z ciemnym otoczeniem w szybko zapadającym zmierzchu. Przymknął oczy, starając wczuć się w otoczenie.
Zawsze zazdrościł tego Dominie. Umiejętności zjednoczenia się z otaczającą przyrodą. W ciągu ostatnich pięciu lat, setki razy widział jak jego mentorka rozmywała się w gąszczu drzew, albo stawała się jednym z wielkich kamieni pokrytych runami przez starożytnych magów. Na nic nie zdało się tłumaczenie wiekowej czarownicy, że roztaczała przed nim, młodym i niedoświadczonym, potężną iluzję. Mori wierzył w to, co widział, w to, czego mógł dotknąć. Z czasem sam nauczył się tkania złudzeń, ale nigdy nie wyleczył się z pragnienia, które dręczyło wielu przed nim i po nim. Chęć poznania świata oczami zwierzęcia, rośliny czy leśnego strumienia, sączącego się leniwie w wysokich trawach miedzy pachnącymi orką polami.
Nagle coś wytrąciło go z przyjemnego odrętwienia. Ktoś się zbliżał. Wiatr przestał zawodzić o śmierci, czającej się gdzieś, niezwykle blisko. Teraz szeptał natarczywie o parze koni zbliżających się tęgim galopem od traktu. Jakąś częścią podświadomości czarnoksiężnik wyczuł zdecydowana, wyraźną aurę Wojowniczki i mniej sprecyzowaną, należącą do jej towarzysza. Szarpnął wodzami i ruszył w ich strona dopiero gdy usłyszał tętent kopyt. Wyłonił się, jak zawsze z resztą, z półmroku. Z nienaturalnie jaśniejącymi niebieskimi oczyma i białymi włosami, która zdawały się świecić światłem skradzionym księżycowi.
- Witaj, Mori. – rzuciła Zara, oddychając głośno. Policzki miała zaróżowione od mrozu wzmagającego się z każda godziną. W oczach jaśniało jakieś przedziwne zaproszenie do zabawy. Widać, jej wikiński towarzysz potrafił wprawić ją z nadspodziewanie dobry humor.
Czarnoksiężnik nie miał wcześniej okazji przyjrzeć się temu mężczyźnie, który siedział pochylony niosko w kulbace z kapturem zasłaniającym twarz. Jedynie potężne obłoki pary sugerowały, że ma się do czynienia z człowiekiem, a nie jakąś nieforemną zjawą na potężnym wierzchowcu.
- Wszystko w porządku? – zapytała zdziwiona kobieta, poprawiając włosy, które podczas szaleńczej gonitwy wymknęły się spod opaski.
- W najlepszym. – burknął, świadom kolejnego ostrzeżenia wyśpiewywanego przez wiatr. Zaklął w myślach, kiedy Zataria ruszyła przed siebie. Ich następnym celem był Zborów.



komentarze [6]

† Informacja † >> wtorek, 3 kwietnia 2007 11:04:28
Przepraszam Was bardzo, ale stan mojego zdrowia systematycznie się pogarsza i nie jestem w stanie siedzieć nawet przez chwilę. Te słowa, które do Was kieruję, pisze za mnie ktoś inny, bo sama nie dam rady usiąść nawet na kilka minut.
Historia powinna się niebawem zakończyć, jeśli znajde kogoś, kto ze słuchu przepisze najnowsze cztery rozdziały, jakie dzielą nas, mnie i Was, od zakończenia drugiego tomu tego opowiadania.
Bardzo mi przykro, że jestescie zmuszeni do długotrwałego czekania, ale gdyby to zależało ode mnie, z pewnością dostalibyście już wszystkie zaplanowane części 'Wojowników Bogów'.
Jeszcze raz przepraszam i dziękuję za cierpliwość.
Chciałabym też, aby wszyscy z komentujących, którzy piszą własne opowiadania informowali mnie o nowościach. Gdy tylko ktoś mnie odwiedzi z pewnościa mi je przeczyta i napisze komentarze, albo przyniesie mi wydruki, żebym się czyms zajęła.
Dziękuję Wam za wszystko
Midian S. Hail - autorka


komentarze [8]

† Jestem † >> sobota, 24 lutego 2007 13:03:31
Historia Wojowników wciąz się pisze. Jeszcze dzień, dwa... No dobra, do końca przyszłego tygodnia dodam nowy rozdział a to cos zniknie... Pozdrawiam czytających


komentarze [22]

† Drużyna † >> poniedziałek, 11 grudnia 2006 12:15:55
Słońce zachodząc, słało swoje krwawoczerwone promienie w kierunku trójki jeźdźców podróżujących traktem wzdłuż wybrzeża. Największy z koni, masywny siwek niosący na swoim grzbiecie słusznej postury jeźdźca, zatrzymał się gwałtownie.
-Jeśli chcemy być na wyspie jutro, to nie ma sensu jechać dalej.- stwierdził, spoglądając na szkarłatną kulę tonącą w różowo zabarwionej wodzie.
-Daleko jeszcze?- zapytała kobieta z mieczem przewieszonym przez plecy. Przewodnik zaprzeczył. -Godzina drogi, nie więcej, Frue.- skinęła głową i obejrzała się na ostatniego z towarzyszy. W półmroku zobaczyła tylko jego czarne oczy błyszczące niecierpliwie, spod kaptura.
-Szukamy miejsca na obóz, Gal.- stwierdziła. Sakson skinął tylko głową i już po kwadransie zatrzymali konie pod bezpieczną osłoną powalonych pni i niskich, aczkolwiek gęstych sosenek. Kobieta, zdjęła płaszcz i rozejrzała się niepewnie.
-Jormund, idę poszukać drewna na opal, a wy zajmijcie się resztą.- odrzuciła na plecy ciężki warkocz i niespiesznie ruszyła przed siebie, przeskakując wykroty i kierując się ku coraz gęstszym zaroślom. Po chwili zniknęła, a gruby i, mimo późnojesiennych chłodów, zielony mech stłumił całkowicie odgłos jej lekkich kroków. Miecz zostawiła oparty o uprzednio ściągnięte siodło. Czas mijał mężczyznom leniwie, na składaniu końskich derek i przygotowywaniu posłań. Kiedy Jormund wrócił z saganem słodkiej wody, czarnowłosy wojownik uniósł głowę, jakby nagle usłyszał coś, będącego poza zasięgiem uszu rudego Saksona.
-Gal, pójdę jej poszukać, coś długo nie wraca. A ty zostań w obozie.- dodał, uspokajającym tonem. Rudy wojownik pokiwał głową w milczeniu, a po niecałej minucie Regis zniknął mu z oczu, kierując się śladem Porfirii. Jarl rozpalił ogień ze znalezionych w pobliżu gałęzi i nazbierał ich jeszcze spory zapas, wiedząc z doświadczenia ostatnich dni w podróży, że na powracających razem wojowników nie ma, co liczyć. Ona usiądzie przy ogniu i zacznie czasach włosy z wyrazem błogiego zadowolenia wypisanym na twarzy, a on sprawdzi, czy konie mają wodę i pójdzie spać.
*
Jeden z wojowników ze Zborowskiej granicy leżał na majdanie naszpikowany strzałami, niczym jeż. A wokół najdłuższej, czarno opierzonej owinięty był list. Mściwój wyciągnął brzechwę z pleców mężczyzny i rozwinął cienko wyprawioną bydlęcą skórę.
-To ostrzeżenie, ojcze. Jeśli do jutra wieczorem nie oddamy Zatarii to, cała osada tak skończy.- wskazał jestem na człowieka, wokół którego ziemia zdążyła już nasiąknąć krwią. Maćko obejrzał się na Wilgę, stojąca o krok za nim. Jej ciemno-rude włosy opadały dwoma grubymi warkoczami na ramiona, a w wielkich oczach nie odbijało się zupełnie nic, podczas gdy kobiety, tłumnie zgromadzone na dziedzińcu rozpaczały.
Dziewczyna gorączkowo myślała. Jeśli ta wiadomość faktycznie pochodziła od siostry Viernej, mogło to oznaczać kłopoty nie tylko dla niej, ale również dla wszystkich niewinnych istot, które mieszkały za ostrokołem. Niecierpliwie skubała brzeg rękawa. Jeśli Wizun zabrał Vierną do swojej matki, dziewczyna jest bezpieczna, a on sam wróci i, o ile będzie trzeba, poprowadzi Zaratę tam, gdzie trzeba będzie. A, jeśli nie wróci? Nie miała ochoty iść w niewolę, a już na pewno nie do Mściborowego Grodu, o którym opowiadano jej od zawsze istne cuda. Odrzuciła rude włosy na plecy, odwracając się z godnością, po czym ruszyła w stronę domu swego ojca. Kiedy znalazła się poza zasięgiem ciekawskich spojrzeń ciżby, puściła się biegiem i dopadła do swojej izby, gdzie rzuciła się na łóżko. Stuliła twarz w miękkie skóry, starając się uspokoić oddech, przyspieszony nie tyle krótkim biegiem, a raczej natłokiem zdarzeń, niosących w sobie wyjątkowo mało pozytywne przesłanie. Nagle usłyszała czyjeś kroki i pospiesznie dźwignęła się z posłania, rozgarniając płomiennorude włosy. Na progu ujrzała Mszczuja wpatrującego się w nią uporczywie, spod jasnych, wyraźnie zarysowanych brwi.
-Wilga, ty coś wiesz.- powiedział półgłosem, zbliżając się do siostry, skulonej na posłaniu. –Wiesz o czymś, co jest dla nas, mnie i ojca ważne, nie mylę się, prawda?- dziewczyna wcisnęła się w kąt, otwierając szeroko oczy.
-Siostrzyczko, mnie możesz powiedzieć wszystko.- brązowe oczy córki Macka zalśniły złowrogo, a jej drobną twarzyczkę wykrzywił lekceważący grymas.
-Mogę powiedzieć wszystko?- uniosła się na klęczki, mierząc mężczyznę jadowitym spojrzeniem. –A potem za każde słowo odebrać odpowiednią nagrodę, tak?- odrzuciła pasma, które wymknęły się z rozplatających się warkoczy, na plecy. –Czy ty wierzysz w przeznaczenie, Mszczuj?- rudy wojownik skrzywił się.
-Wierzę w Słońce i z Matkę Ziemię.- pokiwała głową, opadając na stos wyprawionych skór.
-Tak też myślałam. Jesteś jak oni wszyscy. Ale ja powiem ci jedno.- uniosła się na łokciu. –Jeśli jest nam przeznaczone zginąć, to nijak tego nie odmienimy.- wróciła do poprzedniej pozycji, zakrywając dodatkowo twarz ramieniem.
-Mów, co wiesz.- zażądał kategorycznie, podchodząc do dziewczyny.
-Nie mam ci nic do powiedzenia, braciszku.- złapał ją brutalnie za ramię i przyciągnął do siebie.
-Gadaj…- syknął.
-Nawet, jeśli wiedziałabym cokolwiek, to możesz zapomnieć, że powiem, choć słowo.- z niemałym trudem wyszarpnęła się z jego uścisku. –I zapamiętaj sobie raz na zawsze, że jestem twoją siostrą, a nie krową, czy koniem w twoim inwentarzu.- minęła go, powiewając splotami lśniącymi wszystkimi odcieniami miedzi.
-Wilga!- krzyknął, wypadając w izby, ale dziewczyna już wsiadła na niewielkiego kasztanowego konika, którego wcześniej zapewne kazała osiodłać, po czym targnąwszy lekko wodzami, poderwała go z miejsca w lekki kłus i ruszyła w kierunku bramy.
-Dokąd to?!- rozległ się za jej plecami krzyk młodego dziedzica Zborowa.
-Przed siebie!
*
Słońce wschodziło powoli oświetlając rzęsiście wyspę zwieńczoną chramem Trzygłowa. Największą osadę współczesności. Trzech jeźdźców zatrzymało się na brzegu.
-Jomsborg.- uśmiechnął się Jormund, gładząc swą rudą brodę.
-Wolin.- poprawił go, Regis.
-Vieneta. – kobieta w długim, zielonym płaszczu szarpnęła wodami i ruszyła wzdłuż rzeki. –Gal, czy to prawda, że wraz z Uznam to dwa największe porty Słowian i Wikingów?- zapytała, nie odwracając się. Rudy Sakson zrównał się z nią i pokiwał głową.
-Jomsborg to największa osada, jaka kiedykolwiek powstała. I co najdziwniejsze żyją w niej zgodnie Wolini, którzy ją założyli, wojownicy z północy i słowianie.
-To ośrodek handlowy o niezwykłym znaczeniu taktycznym dla Polan. A właściwie Wiślan i Pomorzan.- czarnowłosy mężczyzna z uśmiechem wyprzedził towarzyszy i obejrzał się przez ramię. –Bo stąd wyruszają wszelkie wyprawy kupieckie na północ.
-Regis, kiedy ja o tym wiedziałam, to ty jeszcze z drabiną na borówki chodziłeś.- odgryzła się Porfiria, rozglądając się. –Gal, jedziesz przodem. Znajdź jakiś prom, nie będę pławic konia w lodowatej wodzie.- poleciła.
-A czy ją wyglądam na posłańca?- burknął jarl z Bornholm, ale widząc morderczy wzrok Veji, skinął głową jej towarzyszowi i pognał błotnistym brzegiem. Pani Sverige uśmiechnęła się, odchylając nieco w siodle. Zmęczone jedną pozycją kręgi chrupnęły nieprzyjemnie, a uśmiech czarnowłosej stał się jeszcze szerszy.
-Marzą o gorącym jedzeniu, miodzie pitnym i wygodnym łóżku. Droga tutaj to był koszmar.- zdjęła kaptur i rozpuściła włosy, które od razu zawilgły od mgły. –A żeby tak Czarnogłów…- pół-wampir spojrzał na nią uważnie.
-Klniesz jak Słowianka.
-Mogę zacząć kląć jak wiking, ale to będzie zdecydowanie mniej przyjemne dla ucha.- sprawnie zaplotła ciasny warkocz i starannie związała go miękkim rzemieniem.
-Czemu puściłaś Gala przodem. Moglibyśmy jechać wszyscy razem, jak zwykli pielgrzymi do świątyni, czy podróżnicy.- zauważył, przyglądając się jak starannie kobieta wygładza suknię w pięknym szafirowym kolorze. Dopiero teraz dostrzegł bogactwo i urodę jej stroju. Przez całą drogę podróżowała jak mężczyzna, w skórzanym półpancerzu i spodniach, wtedy była wojownikiem, teraz stała się kobietą.
-Nie jesteśmy zwykłymi podróżnikami, Regis. Musisz to zrozumieć. A Jormund nie musi wiedzieć, o czym chce z tobą rozmawiać.- wyciągnęła z juków coś, co było starannie opakowane w materiał. Rozwinęła barwne płótna i oczom mężczyzny ukazała się misternie wykonana, pleciona obręcz, na której widniał wspaniale wycyzelowany Jormungander.
-Co to jest?- z namaszczeniem założyła ozdobę na głowę i spojrzała na towarzysza.
-Teraz nie jestem już Veją. Nie jestem twoją kobietą. Dlatego posłałam Gala. Popłyniemy promem sami, a cała Vieneta będzie witać królową Svalandu, panią Fionii – Porfirię, Wojowniczkę Bogów.- wyprostowała się w siodle i ruszyła wyciągniętym kłusem w ślad za Jormundem.
*
Czternastu jeźdźców zatrzymało się na płaskim wzniesieniu, z którego widać było otoczony ostrokołem niewielki gródek.
-Zborów.- rzuciła wysoka blondynka siedząca na krępym siwku.
-Mocny.- ocenił potężny mężczyzna ubrany w solidny kaftan ze skóry wilka. –Ciężko będzie garstką taki brać.- dodał.
-Nie będzie takiej potrzeby. Część z nas wejdzie do środka w odpowiednim momencie umożliwi nam wjazd. Oczywiście, jeśli nie wydadzą dziewki po dobroci.
-A jak dadzą to, co? Odjedziemy, ot tak po prostu?
-Nitosz, Nitosz…- pokręciła głowa Dzierzba. –Oczywiście, że zapuścimy kura. O ile nie spadnie śnieg.
-Można przygotować smołowane wiechcie.- wtrącił ruchliwy człowieczek o wyglądzie złodzieja, siedzący na przysadzistym myszatym koniku.
-Tak zrobimy, Semko. A teraz musimy się podzielić.- wsparła dłonie na wysokim łęku siodła i powiodła uważnym spojrzeniem po mniej lub bardziej kaprawych twarzach kamratów. –Do osady pojedzie Duna, Rina z Melitą, a razem z wami Przybek.- tu wskazała na wysokiego, jasnowłosego wojownika o czujnym spojrzeniu.
-Mało.- oświadczył Nitosz, garbiąc się lekko.
-To jeszcze Dymitr z Jednotą. Starczy ich, nie trza więcej.- obruszyła się Wojowniczka Bogów, odwracając się do swego ponurego towarzysza.
-Niech jeszcze Odena z nimi pójdzie.- odpowiedzią był gorzki śmiech, a przed szereg wyjechała postać w brunatnym, powłóczystym płaszczu z kapturem, którzy ściągnęła dłonią w miękkiej, skórzanej rękawicy. Kiedy tylko materiał oparł dostrzegli dwa grube warkocze, mieniące się kilkoma odcieniami ciemnego brązu i piękną twarz o wymownych ustach, oraz zielonych oczach jaśniejących niespotykanym blaskiem. Kilku mężczyzn otworzyło usta ze zdziwienia, lecz kiedy kobieta odwróciła głowę, wszyscy spuścili wzrok. Od kącika lewego oka aż do linii warg, przez lewy policzek i szczękę biegła czerwona szrama, wciąż jeszcze zdobna w fioletowo-żółtego siniaka.
-Dobrze prawicie, Nitosz.- odezwała się głosem, który aż kipiał od jadu. –Tyle, że jak mnie w grodzie obaczą, to od razu podwójne straże przy każdej chałupie stać będą. Z taką mordą do ludzi? Miejże bogów w sercu. Mnie już tylko las, stal, krew i pożoga.- nie uśmiechnęła się, a widać było, że każde wypowiedziane słowo sprawia jej ból, drażniąc jeszcze świeżą bliznę.
-Cichaj, Odena, załóż kapcan i nie chwal się pierwszą szramą. Niektórzy noszą gorsze.- odezwał się jakiś cichy, miękki głos. Na grzbiecie zgrabnego kasztana siedziała jasnowłosa dziewczyna o piwnych oczach, ubrana w starannie dobrane suknie z barwionej wełny.
-Zamra?- Dzierzba trąciła konia piętami i zrównała się z nowoprzybyłą. –Byłam pewna, że wtedy, że ty też, jak reszta…- blondynka roześmiała się.
-Naiwna jak zawsze. Nikt, powtarzam nikt, nie jest w stanie złapać Zamry, póki ona sama nie chce być złapana. Ja pojadę do Zborowa. Kto podniesie rękę na uczennicę druidów i jej świtę?- szarpnęła wodzami i ruszyła kłusem przez polanę. Dzierzba, świadoma niepewności swoich ludzi skinęła głową.
-Oddaje was pod jej rozkazy. Jedźcie.- sześć wierzchowców oderwało się od grupy i spokojnie podążyło w kierunku obwarowanej dziedziny Maćka Zborowskiego.
-A my, co?- zainteresował się, Semko. Dzierzba uśmiechnęła się paskudnie.
-Wiadomość posłaliśmy. Semen!- u jej boku pojawił się wojownik o kruczoczarnych włosach przytrzymywanych skórzana opaską. –Weź Kiliana, Gniewosza i Radka, jedźcie w stronę Mściborowego, a baczcie, żeby was nikt nie zoczył. Pilnujcie traktu. Jak znam Zatarię, będzie chciała odbić siostrę, o ile wie, gdzie jej szukać. Przypilnujcie tedy, żeby zmitrężyła po drodze.- czterej mężczyźni skłonili się do samych końskich karków i pospiesznie ruszyli na wschód. Kobieta w brunatnym płaszczu ruszyła przed siebie, opuszczając nisko głowę.
-Odena! Odena, a ty gdzie?- wojowniczka z okaleczoną twarzą zatrzymała wierzchowca, ale nie raczyła się obejrzeć. –Ty i Nitosz jedziecie ze mną do Virgo. Zobaczymy, może ona pomoże na twoja bliznę.
-A juści, z pewnością pomoże.- odgryzła się zielonooka zawracając. Mężczyzna w kaftanie z wilka strząsnął ciemne włosy z twarzy.
-Prowadź.
*
-Wieszczą śmierć.- szepnęła stara czarownica, przyglądając się kamykom runicznym, rozrzuconym na czarnym materiale. Skandynaw skinął głową. –Ogień, woda i ziemia też nie przynoszą pomyślnych wiadomości.
-Wiem, matko.- Mori podniósł się powoli. –Ale to nie śmierć Viernej przepowiadają, tylko moją.- dodał ciszej.
-Wiem, synku.
-I wiesz, że nic już ich nie odmieni?- zapytał białowłosy.
-Przysięgałeś. Razem przysięgaliśmy jej pomóc. I oboje wiemy, jak to się dla nas skończy.- położyła mu swoją wysuszoną dłoń na ramieniu.
-Chyba wolałbym nie wiedzieć.
-Samoświadomość to podstawa magii. Jesteśmy wybrani nie tylko do tego, by pomagać ludziom i sobie, ale także do tego, by jak kapłani, uczyć o dobrej śmierci.- wzięła do ręki jedną z run. –Co to jest?- uniósł lekko brwi.
-Raido
-A, co oznacza?
-Podróż duchową, przecież wiesz, matko.
-Czym jest teraz?- pytała, obracając czarny kamień z białym symbolem.
-Śmiercią.
-Bo Śmierć ma wiele imion. Dla nas, magów jest tylko podróżą w nieznane. Ty wiesz, dokąd się udasz, prawda?
-Po tęczowym moście Heimdall, do Walhalli.- uśmiechnął się z rozrzewnieniem, wspominając kraj swojego dzieciństwa i jego wiarę, od której już dawno odstąpił, przynajmniej pozornie.
-I tego się boisz, synku? Pałacu ze złota i pięknych Walkirii?- jego piękne oczy rozjaśnił błysk wyzwania. –Widzisz, Mori. Jak już powiedziałam, podstawą magii i szczęścia jest samoświadomość. Nie bój się nieznanego.
*
Wśród gęstego lasu wiła się szeroka, ubita droga, tnąca ciemnozielone połacie, żółtą wstęgą. Na niewielkim wzniesieniu stały dwa konie, nerwowo potrząsające łbami.
-Stąd blisko, prawda?- zapytał jasnowłosy wojownik. Dziewczyna skinęła głową. –Dalej możesz jechać sama. Trafisz?- odpowiedzą było kolejne skinienie. –Mam coś dla ciebie.- uśmiechnął się gorzko i odczepił od juków długi przedmiot starannie owinięty w skóry. –Twój miecz, Vierna.- spojrzała na niego krótko, ostro. Od wschodu wiatr przyniósł echo rogów.
-Wojowie wychodzą z Grodu.- rzuciła chłodno, odwijając pospiesznie broń i zakładając ją sobie na plecy. –Wracaj do Zborowa i jedź okrężną drogą, nie traktem.- poleciła, spinając konia.
-Zataria, niech cię Bogi prowadzą.
-I ciebie, Wizun.- szepnęła, odwracając głowę, by ukryć łzy, zbierające się w kącikach jej szarych oczu. Przez chwilę przekładała wodze z ręki do ręki, czekając, aż powie jeszcze coś. Nie chciała wracać. O stokroć wolała zostać w małej leśnej chatce Moji z jasnowłosym wojownikiem u boku. Zamyślona nie spostrzegła nawet, że zawrócił konia i wolnym krokiem ruszył na Zachód. Została sama. Trąciła siwka piętami i ruszyła przed siebie. Po chwili przedzierania się przez niskie, aczkolwiek gęste krzewy, wyjechała na trakt wiodący do Mściborowego i puściła konia galopem, licząc, że pęd wysuszy jej łzy. Przygięta tuż nad karkiem nawet nie zauważyła ukrytego wśród zarośli jeźdźca. Ani tego, ani kolejnego. Zatrzymała się dopiero, gdy zwalisty mężczyzna na tarantowatym wierzchowcu zagrodził jej drogę. Za jej plecami pojawili się dwaj kolejny.
-Patrzaj Radko, jaka krasawica.- roześmiał się jeden, czarnowłosy, wyglądający na przywódcę. Łysy olbrzym pokiwał głową i zaskoczył z konia, a wraz z nim ostatni z przybyłych, smukły blondyn.
-Gniewosz gdzie?- rzucił ten czarny, wciąż siedzący w wysokiej kulbace.
-Traktu pilnuje. Nie lza, żeby nas widziano.- wszyscy trzej roześmiali się rubasznie, nie spuszczając oczu w dziewczyny, starającej się znaleźć jakąkolwiek możliwość ucieczki.
-Semen, prawem starszeństwa, w twoje ręce.- odezwał się blondyn, wskazując na szarooką, zaciskająca dłonie na mocno ściągniętych wodzach.
-Nie bój się, to nic strasznego.- roześmiał się mężczyzn, widząc jej strach. Miękko zsunął się z siodła i ruszył w jej kierunku. Przełożyła wodze do jednej ręki i docisnęła łydki go końskich boków. Widziała, że ma tylko jedna szansę i jeśli ją zmarnuje, nie będzie już dla niej ratunku. Tylko hańba i śmierć. Ten, nazwany przez towarzyszy Semenem był już o długość ramienia od niej. Zacisnęła zęby i kiedy wyciągnął rękę w jej kierunku błyskawicznie wyciągnęła miecz z pochwy i uderzyła. Nie był na to przygotowany, ale zablokował ostrze stalową łokietnicą, zasłoniętą skórami. Siła uderzenia była jedna tak duża, że upadł.
-Kąsa!- zawołał wściekle. Ciemnowłosa nie miała ochoty czekać na rozwój wypadków. Uderzyła konia płazem miecza i puściła wodze. Przerażony siwek ruszył do przodu niczym strzała, taranując wielkoluda z łysą głową. Nagle zakwiczał przeraźliwie i rzucił się w bok. Dziewczyna z trudem utrzymała się w siodle. Ignorując przeraźliwe chrapanie zwierzęcia, popędzała je bezlitośnie i dopiero po kilku minutach szaleńczej ucieczki zdołała się obejrzeć. W zadzie tkwiła krótka strzała, najpewniej z kuszy, wbita głęboko w mięsień, niehybinie przeszyła go na wylot. Siwek zatoczył się, ale poderwany do biegu ostrym szarpnięciem wodzy i krzykiem dziewczyny, galopował dalej, oddychając z coraz większym trudem.
W tym samym czasie Wizun wolnym krokiem oddalał się od wzgórza. Zsiadł z gniadosza i prowadząc go po nierównej, poprzecinanej jarami powierzchni, starał się nie myśleć o łzach, czających się w oczach małej wojowniczki z Litwy. Zdawało mu się, że słyszy jakieś głosy, które wiatr niesie od strony traktu. Nie zastanawiając się ani sekundy wskoczył na konia i przygiąwszy się nisko nad karkiem, pogalopował do miejsca, w którym zostawił Vierną. Pomny ostrzeżenia, jakiego mu udzieliła, nie wjechał na trakt, lecz puścił się równoległa do niego ścieżka, wydeptaną najpewniej przez zwierzęta. Słyszał jej krzyk, podniesione męskie głosy, ale wiedział, że nawet gdyby leciał na skrzydłach, nie zdąży. Spomiędzy gęstych krzewów podszytu dostrzegł kilka koni, kręcących się niespokojnie. Pewien, że napastnicy nie ruszą za dziewczyną, odetchnął, ale nie zmienił zamysłu i wciąż jechał tak, by nie stracić traktu z oczu. Po dłuższej chwili dostrzegł konia, leżącego na zimnej, ogołoconej przez nadchodząca zimę, drodze. Siwek darł jeszcze ziemię kopytami, ale krwawa piana, jaka toczyła się z jego pyska upewniła Wizuna w tym, iż koń jest nie do uratowania. Rozejrzał się ze strachem. Jeśli wierzchowiec był tu, gdzie podziała się amazonka.
-Vierna!- krzyknął, a jego głos niósł się daleko, w zimnym powietrzu. Nie odpowiedziała. Nagle coś odwróciło uwagę wojownika od konającego zwierzęcia. Jakaś zabłąkana szyszka spadła tuż obok jego stóp. Odruchowo spojrzał na nią i dostrzegł wyraźne ślady stóp. W chwile później dogonił uciekającą Litwinkę. Miecz, który miała na plecach spowalniał ją i obciążał, a kiedy spojrzał jej w twarz wiedział, że nie byłaby w stanie przebiec nawet staji. Nawet nie wiedział, kiedy znalazł się obok niej i wziął ją w ramiona.
-Już dobrze. Nie płacz. Już wszystko dobrze…- szeptał, gładząc jej rozwichrzone włosy. –Odwiozę cię do samego wuja. Oni tam zostali. Nic ci już nie zrobią.- jej spazmatyczny płacz dowodził, jak wielkim przeżyciem była dla niej ta napaść. Bądź, co bądź była kilkunastoletnia dziewczyną, przywykła do litewskich lasów i nieograniczonej wolności pańskiej córy. Rozewszczyznę była dla niej czymś zupełnie nie zrozumiałym. Posadził ją na koniu i wsiadł za nią, przytulając policzek do jej włosów.
-Pojedziemy do Wisza. Odpoczniesz, uspokoisz się, zmienisz suknie, bo w takim stanie przecież nie możesz wrócić do domu.
-Nie chcę wracać…
-Wiem.- ruszyli powoli. –Wiem, ale tak trzeba.
-Wizun?- spomiędzy włosów mieniących się w świetle słońca wszystkimi możliwymi odcieniami brązu, patrzyły na niego wielkie, szare oczy. –Pojedziesz ze mną do Mściborowego. Prawda?
-Prawda.- uśmiechnął się ciepło i popędził swojego gniadosza.
*
Ćwiczyła od świtu, do posiłku, a potem, póki nie padła, niezdolna wykonać najmniejszego ruchu, a czarnowłosy wiking i tak posyłał ją na ziemię wtedy, kiedy chciał. Jego drwiący uśmiech doprowadzał Zaratę do szaleństwa. Po trzech dniach, była w stanie sparować dziesięć, czasami dwanaście uderzeń, ale w rezultacie i tak on wygrywał. Któregoś zimnego wieczora, gdy wreszcie zeszli z placu i siedzieli w domu Milara, popijając gorące wino zaprawione korzeniami, blondyna wreszcie odważyła się zapytać.
-Dlaczego?- uśmiechnął się z wyższością, odstawiając kubek.
-Powodów jest całkiem sporo.- wstał i poprawił kaftan. –Pójdziesz za nią, prawda? Bez względu na to, gdzie się uda?- rzucił znienacka. Zataria w zdumieniu pokiwała nieśmiało głową. –Na północy zginiesz. Tu, u was, ludzie zajmują się wszystkim po trochu. Trochę gospodarzą, trochę walczą, trochę się na wiecach zbierają, a tam? Tam są klasy. Chłop jest chłopem i dłubie w ziemi, a tylko jakaś niebywała potrzeba robi z niego wojownika.- podszedł do kobiety i położył jej ręce na ramionach. –Tutaj pokonasz każdego. Tam, zginiesz w pierwszym starciu.- cofnął się i ruszył w stronę wyjścia, pozostawiając po raz kolejny skonsternowana wojowniczkę, samej sobie. Wyszedł na majdan i wciągnął zimne powietrze do płuc. Wyczuł w nim zapach bliskiego mrozu i śniegu. Uśmiechnął się, idąc przez Gród, w stronę domu skandynawskich niewolnic. Na progu czekała na niego Tarja, starannie otulona wełniana chustą.
-Dałbyś już spokój.- mruknęła niezadowolona, wpuszczając go do środka i zamykając za nim drzwi.
-Niech się uczy.- burknął, pozwalając by kobieta zdjęła z niego wierzchnie ubranie.
-Nie o tym mówię.
-A, o czym?- parował, unikając jej spojrzenia. Brązowe włosy duńskiej niewolnicy zafalowały, kiedy z powątpiewaniem pokręciła głową.
-Wiesz, aż za dobrze. Tobie nie chodzi o naukę.- syknęła.
-Powiedziałby, kto, że jesteś zazdrosna.
-O ciebie? Dobre sobie…- podparła się pod boki. –Ale tobie wara od panienki. Wara, słyszysz?
-Tarja Jolsdotter, czy ty słyszysz, o czym mówisz? Będziesz rozkazywać mnie? Wolnemu wikingowi? Ty, niewolnica?- roześmiał się.
-Ale to mnie Porfiria nazywa siostrą. I to ją zostanę żoną wolnego kmiecia. A ty dasz głowę, za marne pieniądze i nie swoja sprawę.
-Zamilcz, bo…- uniósł rękę. W szarych oczach kobiety zapłonął ogień, który potrafiłby strawić nawet kamień.
-Uderz! No, dalej! Udowodnij sobie, wolny wikingu, że jesteś silniejszy, od jakiejś tam niewolnicy. No, Cynriku Jolsson, czemu nie bijesz?- odwrócił głowę i podszedł do ognia, nie mogąc znieść takiego zachowania z jej strony.
-Myślisz, że po to szukałem cię po całej słowiańszczyźnie, żeby teraz zakatować cię na śmierć, za twój niewyparzony język? Gdyby tak miało być, zrobiłbym to już w domu.- burknął, zły. Kobieta podeszła do niego i oparła głowę o jego szerokie plecy.
-Przepraszam, braciszku. Martwię się tobą, nią i wami wszystkimi. Chciałabym, żebyście byli już na wyspach, z daleka od tego, co się tutaj dzieje.- wyszeptała.
-Wiem, Tarja. Wiem… Ale każdy z nas ma swoja drogę.- odsunęła się powoli i dorzuciła polan do ognia.
-Żadne z nas już nie zobaczy ojczystych brzegów.- oboje, brat i siostra uśmiechnęli się identycznie.
-Bywa.- rzucił Cynik i roześmiał się paskudnie.


komentarze [10]

† Droga † >> niedziela, 15 października 2006 19:38:21
Ze snu wyrwał go dotyk czyjejś ciepłej dłoni na karku. Na początku myślał, że to matka przyszła obudzić go na śniadanie, jak za starych, dobrych czasów. Kiedy ręka wsunęła się pod koszule na piersi i zaczęła go gładzić po torsie, uświadomił sobie, że żadną miarą nie mogła należeć do Moji, była mniejsza i delikatniejsza. Wizun uśmiechnął się lekko i sięgnął za siebie. Delikatnie pogładził młode, sprężyste ciało, przytulone ciasno do jego muskularnych pleców.
-Nie śpisz?- zapytał cicho. Odpowiedzią było tylko ciche mruknięcie, a po chwili, niepewny dotyk ust na szyi. Uśmiech mężczyzny stał się jeszcze szerszy. –Wyspałaś się?
-Średnio, bo przez pół nocy musiałam spełniać twoje zachcianki.- powiedziała dziewczyna, unosząc się na łokciu i opierając głowę na ramieniu wojownika.
-Źle ci było?
-Nie, żeby od razu źle…- dotknęła amuletu Łody, bogini wojny, który nosił na szyi. –Powiem, że nawet dobrze…- uśmiechnęła się zmysłowo. Blondyn pokręcił głową z powątpiewaniem. Trzy dni, jakie spędzili w lasach, w jego rodzinnym domu sprawiły, że Vierna stała się inna osobą. Nie miał pojęcia, czy to dobroczynne działanie jego spokojnej matki- Moji, czy wrodzona pogoda ducha dziewczyny, dość, że obie kobiety bez przerwy przebywały razem, a po niewielkiej chacie niósł się echem dźwięczny śmiech młodej Litwinki. Wizun, jak zawsze milczący, przyglądał się swojej brance z lekkim uśmiechem. Największym zaskoczeniem były dla mężczyzny noce. Spodziewał się walki, łez, przekleństw, a spotkał się tylko z ogromną ufnością i jakimś głodem, widać od dawna skrywanym. Mimo iż nigdy wcześniej nie poświęcał kobiecie tyle uwagi, starał się, by i Viernej nie było z nim źle. I tak, pomagając jedno drugiemu, razem spędzali noce, po których budzili się niewyspani, ale jakże usatysfakcjonowani.
-Zanim się obudziłeś myślałam o tym, jak to będzie dalej.- westchnęła dziewczyna, całując go w ramię. –Co zrobimy później. Nie możemy przecież cały czas zajmować mamie dom.- stwierdziła, siadając na posłaniu. Miała na sobie luźną, lnianą koszulę Wizuna, która sięgała jej prawie do kolan.
-Mamie?- zdziwił się mężczyzna, przyglądając się jak zaplatała niesforne kosmyki w ciasny warkocz. Wychwyciwszy jego spojrzenie, pokręciła głową.
-Powinnam była powiedzieć, twojej matce, albo pani Moji. Przepraszam.- wróciła do przerwanej czynności. –Czasem się zapominam.
-Na bogów, nie przepraszaj.- uśmiechnął się ciepło i wsunął dłoń pod przykrycie z cienko wyprawionych cielęcych skór. Przez chwilę gładził jej szczupłą łydkę.
-Też się zastanawiałem. I, chyba najlepiej będzie, kiedy ty wrócisz do swoich, a ja do swoich.
-Wizun, powiedz, że żartujesz.- szepnęła, unosząc na niego żywe, brązowe oczy. –I wiedz, że nie lubię takich żartów.- dodała, wstając z posłania i rozglądając się za obuwiem, rzuconym gdzieś w pospiechu, gdyż poprzedniego wieczora młodym było bardzo spieszno do łoża.
-Vierna, zrozum…- zaczął jasnowłosy. Zamrugała, starając się powstrzymać łzy napływające do oczu.
-Nie chce zrozumieć. Ja tego po prostu nie przyjmuję do wiadomości. Skończyłam.- wyjęła zza skrzyni z odzieżą wysokie buty z miękkiej skóry i rozejrzała się za spódnicą. Po chwili, zabrawszy wszystkie swoje rzeczy, wyszła z izby, zasłaniając twarz ubraniem. Wojownik wstał i rozejrzał się bezradnie. Dotarło do niego, że zupełnie niepotrzebnie przywoził tu tę dziewczynę. Pojął dobitnie krzywdę, jaką jej wyrządził, a jaką ona od razu mu wybaczyła, stając się dla niego, tak z dnia na dzień, żoną. Drzwi, splecione z jakiś giętkich łodyg, otworzyły się powoli i stanęła w nich Moja. Swoje duże, szare oczy utkwiła w synu, tkwiącym nieruchomo w swojej koszuli, na ubitej na polepę ziemi.
-Powiesz mi, czemu ona płacze?- zapytała, wciąż stojąc na progu.
-Matko…- pochylił głowę jak uczniak, który coś zbroił w przyświątynnej szkole, a teraz czeka na karę. –Mamo… To nie jest takie proste.- wydusił z siebie.
-Dla mnie jest i to nawet bardzo.- odparła, splatając ręce na piersiach. –Wizun, na bogów, czy ty uważasz, że je jestem taka głupia, żeby się nie domyślić, o co tutaj chodzi?- mężczyzna cofnął się, nie bardzo wiedząc, jak się teraz bronić. –Udajecie przede mną i przed sobą wzajemnie, że wszystko jest dobrze. A tak nie jest. Odwieź ją tam, skąd ją zabrałeś.- dodała, rozkazującym tonem.
-Do lochu w Zborowie? Jakoś nie mam ochoty patrzeć jak Vierna umiera, tylko, dlatego, że jest spokrewniona z Milarowicami.- Moja usiadła ciężko na posłaniu.
-Pan na Mściborowym to bardzo potężny człowiek. Wuj księcia Narewskiego… Czyś ty ze szczętem oszalał? Porwałeś litewską siostrzenicę Milara?!- krzyknęła, zrywając się gwałtownie. –Przecież, jeśli oni ją znajdą, a nie łudź się, znajdą na pewno, to spalą nasz dom, mnie wezmą w niewolę i zamęczą, a ciebie zabiją tak, żebyś czuł, że umierasz!
-On mi uratował życie, więc przysługuje mu prawo łaski.- młoda, ciemnowłosa dziewczyna weszła powoli z koszula w ręce, przyglądając się matce i synowi. –Ale spotka go coś gorszego od śmierci…- dodała po chwili. Widząc przerażone spojrzenie Moji dodała spokojnie. –Wizun wie, za co.- szarooki mężczyzna pokiwał głową i wziął podaną mu część garderoby.
-Musisz wrócić do swoich.- powiedziała z mocą blondynka.
-Skoro oboje sobie tego życzycie, wrócę… matko.- w głosie Viernej słychać było łzy. Zebrała w dłonie swoją ciemnozieloną spódnicę i wybiegła z chaty. Kiedy była na otwartej przestrzeni, uświadomiła sobie, że tak naprawdę, to wcale nie chce wracać do Mściborowego Grodu ani, tym bardziej, do Trójkłosia, gdzie czekała ją monotonia codziennych obowiązków, a już niebawem, zamęście bez miłości. I, o to miała walczyć? O nudne życie z kimś, kogo wybierze jej matka, bo ojciec był przeciwny takim praktykom? Podeszła do jednej z przedwiecznych sosen i oparła głowę o jej chropowatą korę. Nie chciała opuszczać tego miejsca, które było tak piękne i pełne tajemnic. Tego domu, w którym przez kilka dni zaznała tyle ciepła i uwagi. I dobrej Moji, tak przejętej jej łzami. Kiedy poczuła na ramionach czyjeś dłonie, odwróciła się gwałtownie.
-Ona przez ciebie płacze. Dlaczego to zrobiłaś?- zapytał.
-Ona płacze przeze mnie, ja przez ciebie, w takim razie czas, żebyś ty, zapłakał z mojego powodu.- odezwała się, a w jej głosie obok ironii, czuło się głęboki smutek. –Przeproś ją ode mnie i podziękuj. Jedźmy już.- poprosiła, nie patrząc na niego. –Dokądkolwiek, byle szybko, zanim się rozmyślę.
*
Kamienny krąg zadrżał od Mocy, która przez niego przeniknęła. Virgo, jak zawsze w bieli, opuściła dłonie.
-Głupcy.- powiedziała cicho, odrzucając swoje piękne włosy w kolorze śniegu na plecy. Dzierzba nieśmiało wychyliła się zza jednego z głazów.
-O kim, mówisz?- zapytała, podchodząc bliżej. Ubrana w brunatny kubrak ze skóry dzika wyglądała jeszcze bardziej kanciasto, niż zazwyczaj.
-O tych twoich wojownikach.- czarownica uśmiechnęła się lekko. –Rozdzielili się, żeby szukać jakiegoś zagubionego dziecka.
-Gdzie udała się córka Piastuna?- wojowniczka utkwiła wzrok w swojej nauczycielce.
-Jest poza naszym zasięgiem. Towarzyszy jej sama Śmierć. Ale sługus starej Dominy…-zielono-brązowe oczy wiedźmy rozbłysły drapieżnie. –Tak… Ten głupiec z północy i ta dziewka ze wschodu.- blondynka pokiwała gorliwie głową.
-Poradzę sobie.- zapewniła.
-Powinnaś.- mruknęła jej opiekunka, krzyżując ręce na piersiach. –Wolałabym się ich pozbyć zawczasu i mam co do tego pewien plan.- wojowniczka niepewnie rozejrzała się dookoła, po czym usiadła na jednym z mniejszych kamieni i utkwiła swoje niebieskie oczy w białowłosej.
-Postanowiłam dać ci wolną rękę.- kontynuowała Virgo. –W wypełnieniu części tego planu.- spojrzała krótko na swoją podopieczną. –Będziesz mogła, jak za dawnych czasów, pomachać trochę mieczem i spalić kilka osad. Póki co, potrzebna ci będzie drużyna, z którą odwiedzisz Zborów.
-To wrogowie Milara.- stwierdziła Wybrana. –A jego wrogowie zawsze byli mi przyjaciółmi. W jakimś stopniu.
-Nie staję ramie w ramię z pospólstwem!- warknęła czarownica. –Znajdziesz ludzi, którzy za pieniądze i obietnice dostatniego życia za morzem pójdą za tobą. Pamiętasz jeszcze, że chciałaś uciekać do Skandynawii?
-Ciekawe jak się dostaniemy na półwysep? Przelecimy jak ptaki?- blondynka poderwała się na równe nogi. Czuła jak wściekłość, która od niej emanowała, ustępuje miejsca magii. Kobiecie zakręciło się w głowie, ale pamiętając nauki panowania nad energią ziemi, oddychała głęboko i miarowo. Po chwili, choć krew wciąż szumiała jej w uszach, była w stanie otworzyć oczy. Były srebrzysto-szare. Białowłosa pokiwała głową z milczącym uznaniem.
-Sposób by się znalazł, gdyby byli ludzie. Ale jeśli nie ma ludzi…- rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, dając swojej podopiecznej do zrozumienia, że nie jest wstanie nic dla niej uczynić.
-Bo najlepiej jest powiedzieć, ja już swoje zrobiłam.- burknęła Dzierzba i ruszyła w kierunku ich niewielkiego domu.
-A ty dokąd?
-Jak to, dokąd? Muszę szukać tych szaleńców. Dzisiaj czwartek, dzień targowy. Jadę do Kartuzów. A potem, gdzie mnie oczy poniosą.
-Wróć najpóźniej za dwa dni.- wojowniczka machnęła lekceważąco ręką i po chwili na grzbiecie swojego cisawego wierzchowca przemierzała las, kierując się na południowy-wschód.
*
Ciężki, ciemnozielony płaszcz z szerokim kapturem, spływał jej po plecach, okrywając bok wierzchowca i sięgając mu do pęciny. Czarne spodnie z cienko wyprawionej skóry i wysokie do kolan buty, ukryte były pod zieloną suknią z porządnej wełny. Zamiast ciasno sznurowanego gorsetu, na suknię włożyła kubrak z cienkiej sarniej skóry, włosem na zewnątrz. Przez plecy przewiesiła ciężki, półtoraręczny miecz o wysrebrzanych jelcach, z rękojeścią starannie obwiązaną nowym, ciemnym rzemieniem. Gniady ogier potrząsał niecierpliwie głową, sprawiając, że trójkąt z kolczugi przyczepionej do jego naczółka podzwaniał, ocierając się równocześnie o chrapy zwierzęcia. Kilka kroków dalej potrząsała uprzężą kara klacz nosząca trójkątna kolczugę na piersi. Czarnowłosy mężczyzna w ciemnej opończy z grubej wełny sprawdzał broń przy siodle, po czym wsiadł na konia i spojrzał na nieco znudzoną już, towarzyszkę podróży. Jej czarny warkocz opadał na przedni łęk, kiedy tak trwała, lekko pochylona do przodu, plotąc ze znudzenia, warkoczyki na długiej, lśniącej grzywie Hesta. Trzecią postacią, dosiadającą masywnego siwka i odzianą w wilcze futro, nikt się nie interesował. Kobieta poprawiła się lekko na grzbiecie zwierzęcia i skinęła głową ludziom, stojącym przed największym z domów. Mały, około siedmioletni chłopiec przyglądał się kobiecie spod zbyt długiej grzywki, a jego złoto-blond włosy opadały mu prawie do pasa. Porfiria uniosła dłoń w pożegnalnym geście i szarpnęła wodzami. Deszcz opóźnił jej wyjazd o całe trzy dni, co wprawiło wojowniczkę w ponury i fatalistyczny nastrój. Ale nie było to jedyną przyczyną jej grobowej miny. Piastun stojący na szeroko rozstawionych nogach i patrzący na córkę w siodle zdawał się ciskać gromy z oczy.
-W konie.- rzuciła półgłosem wojowniczka, obracając gniadosza wokół własnej osi i ruszając w stronę bramy. Nie obejrzała się za siebie aż do chwili, kiedy galopem minęła wieże strażnicze, dobry kawałek od osady. Była sama. Nie przejęła się tym jakoś szczególnie. Nie czuła się uzależniona od towarzystwa mężczyzn, z których jeden miał ją chronić przed drugim. Pozwoliła Hestowi zwolnić i wpatrując się w szeroką, ubitą setkami kopyt i stóp drogę, jechała spokojnie, przed siebie.
Znów o jej życiu, przyszłości i szczęściu miał stanowić mężczyzna, którego nie znała. Uśmiechnęła się gorzko, zdając sobie sprawę, że pół roku to tak niewiele czasu. A jednak powierzyła Regisowi wszystkie swoje tajemnice i, choć nie dzieliła się z nim wszystkimi myślami, i lękami, to jednak był najbliższą jej istotą. Jednakowoż Porfiria nigdy nie zastanawiała się, dlaczego. Może fakt, że podczas pierwszego spotkania z pół wampirem nie okazała strachu? Pół wampir… pokręciła głową z powątpiewaniem. Regis był przedstawicielem jakiegoś nieznanego jej gatunku. Nie pił krwi, jadł jak człowiek, nie potrafił przemienić się w nietoperza, jak czynili to kainici. Zamyślenia wyrwał ją stukot kopyt. Zatrzymała konia i pozwoliła, by obaj wojownicy dołączyli do niej. Jak się spodziewała, nie byli zachwyceni tą gonitwą.
-Doskonale wiesz, że nie powinnaś jeździć sama. Virgo i Dzierzba tylko na to liczą.- stwierdził czarnowłosy, ściągając wodze swojej karej klaczy. Wojowniczka machnęła tylko ręka, dając mu do zrozumienia, że przesadza.
-Pani, nie jest tu bezpiecznie. Jeśli ci, o których mówię, podjęli decyzję, byś się połączyła z przodkami, winnaś uważać na siebie o wiele bardziej, niż do tej pory.- zasugerował rudy Sakson.
-Jormund ma rację. Jesteś teraz w podwójnym zagrożeniu i uważam, że…
-Zamilczcie obaj, albo to wam się coś przytrafi.- warknęła.
-Ale…- czarnowłosa odwróciła się i zmierzyła mężczyzn groźnym spojrzeniem płonących, jadowicie zielonych oczu.
-Jeśli w tej chwili nie przestaniecie, wypróbuję na was moje nowe zdolności.- wysyczała. –Nie jestem dzieckiem, nie w takich sytuacjach sobie radziłam.- dodała i ruszyła galopem.
-To właśnie dowodzi, że jednak wciąż jesteś dzieckiem…- mruknął Gal i podążył za towarzyszami
*
Szczupła, ciemnowłosa niewolnica rzuciła się na jedzenie, niczym zwierzę. Kilka dni w ciemnym, dusznym lochu pod ziemią zrobiły swoje. Jej opalona skóra zbladła, a oczy, zwykle jasnobrązowe stały się niemal czarne od wpatrywania w nieprzeniknioną ciemność.
-A więc, dziewczyno…- rozległ się głos Maćka, stojącego nad otworem w sklepieniu. Ciemnowłosa więźniarka odsunęła się w mrok, kuląc się że strachu jak zwierze złapane w pastkę.
-Dziesięć dni w zamknięciu, chyba przywróciło ci zdolność pojmowania?- zapytał z ironią, usiłując wyłowić z ciemności jej sylwetkę w brudnej sukience. –Mam nadzieję, że teraz zgodzisz się ze mną pomówić.- odpowiedziała mu tylko cisza. –W takim razie jeszcze kilka dni o chlebie i wodzie pomoże ci przypomnieć sobie ludzką mowę i sekrety Mściborowego Grodu!- rzucił ze złością, po czym gestem nakazał zakryć otwór darnią. Rozsierdzony ruszył przed siebie.
-I jak ojcze? Będzie mówić?- zapytał Mszczuj, zbliżając się do rodziciela długimi krokami.
-Wyłóż sobie, że nie!- zbulwersował się pan Zborowa. –Jest jeszcze bardziej harda i bezczelna. Iście nie do pomyślenia!- podparł się pod boki i sapnął potężnie. –A ty czemu nie polujesz, mój synu?- zmienił temat. –Już od kilku dni nie opuszczasz grodu.
-Nie lubię polować bez Wizuna, a on już prawie tydzień temu wyjechał.- beczkowaty mężczyzna zmarszczył swoje krzaczaste, rude brwi.
-Jak to, wyjechał? Dokąd?
-Do matki.
-Wiesz, mój synu, że coś wpadło mi do głowy? Zauważyłeś jak często po wieczerzy twój druh znikał z izby?- młody dziedzic w zamyśleniu skinął głową.
-Otóż dowiedziałem się, że chadzał nocami do naszej Litwinki. I wiem, prawie na pewno, co tam z nią robił.
-Ojcze…- rzekł Mszczuj z wahaniem. –Vierna należy do Wizuna, bo to on ją znalazł, nie ja. A, że dziewka jest niebrzydka, to i nie ma się czemu dziwić. Wizun to mężczyzna.- obaj uśmiechnęli się do swoich myśli.
-Ojcze! Ojcze!- wołała Wilga, biegnąc ku mężczyzną. –Ojcze! Ktoś posłał ci wiadomość!
*
Wysoka blondynka w skórzanych spodniach i prostym kubraku z sarny stała na placu przed domem Milara w Mściborowym Grodzie. W dłoniach trzymała dwa okorowane kije, każdy mniej więcej metrowej długości. Stopy w wysokich butach z łosiowej skóry miała złączone, ramiona wyprostowane prostopadle do tułowia. Nagle z jednej strony zaatakował ją czarnowłosy Wareg. Jasnowłosa nie otworzyła nawet oczu. Dwoma uderzeniami powaliła przeciwnika i stanęła w poprzedniej pozycji. Od tyłu skradało się w kierunku kobiety dwóch mężczyzny uzbrojonych, podobnie jak ona, w drewniane atrapy mieczy. Wojowniczka pozwoliła im podejść na odległość ciosu, po czym posłała ich na ziemie jednoczesnym uderzeniem. Nagle usłyszała oklaski. Miarowe, wyraźne i jakby kpiące. Na schodach wiodących do domu gościnnego stał mężczyzna o czarnych włosach i szarych oczach. Jeden z wikingów, którzy przybyli wraz z Thiodolfem. O ile Zarata dobrze pamiętała, miał na imię Cynrik. Porfiria kazała mu zostać i towarzyszyć litewskiej wojowniczce.
-Mogę?- zapytał, wskazując na najdłuższy z drewnianych mieczy, imitujący półtorak. Skinęła głowa i znów stanęła w pozycji wyjściowej. Mężczyzna podniósł broń i sprawdził jak leży mu w dłoni. Uśmiechnął się, patrząc na pozę blondynki, po czym bez ostrzeżenia zaatakował. Kobieta odparowała cios bezbłędnie. Nie spodziewała się tego, że mężczyzna znów spróbuje. Jej dwa miecze przecięły próżnię, drewno Cynrika powaliło ją najpierw na kolana, a potem na ziemię. Slav i jego wojownicy patrzyli na niego ze zdziwieniem. Jeszcze nikt nie posłał dorosłej Zatarii na ziemie z taką prostotą.
-Zanim zaczniesz grać niepokonaną, najpierw naucz się walczyć.- powiedział tak cicho, by tylko ona usłyszała, po czym rzucił drąg na ziemie i odszedł. Zarata powoli podniosła się, zagryzając wargi aż do krwi. Jeszcze nikt, w ciągu dwudziestokilkuletniego życia, nie upokorzył jej, aż tak bardzo. Otrzepała się i biegiem ruszyła za wikingiem. Dopadła go w głównej sali, gdzie stał rozmawiając z Tarją.
-To zagranie było nieczyste!- krzyknęła wściekle.
-Twój przeciwnik nie będzie walczył czysto. Jakim cudem przeżyłaś tak długo, nosząc miecz? Nie masz techniki, ani wyczucia.
-Ale mam opinię.
-Opinią nie wygrasz, panienko. Udowodniłem ci to przed chwilą.- oparła się o stół.
-I koniecznie musiałeś mnie ośmieszyć przed moim kuzynem i jego ludźmi?- zapytała.
-Jeśli będą się śmiali, przyjdź do mnie, zielonooka. A ja im pokażę, że żeby pokonać mężczyznę, trzeba być mężczyzną.- minął ją i odszedł do siebie, zostawiając skonsternowaną wojowniczkę po środku izby.
***
Śnieg spadł nocą. Kiedy Theli szła o świcie do strumienia, nawet się nie zdziwiła. Dojmujące zimno zelżało wieczorem, dając udręczonej ziemi nadzieję na chwilowe ocieplenie. W Sort Skrik życie płynęło swoim zykłym trybem, zmieniającym się cyklicznie, w zależności od pór roku. Dwimerytan zaczerpnęła wody w przerębla wyciętego w lodowej tafli niewielkiego jeziorka i przystanęła zamyślona. Czas płynął tu tak specyficzne, że jedynie dzięki Havgrimowi zdawała sobie sprawę z mijających miesięcy i dni. Malec wodził za nią mądrymi oczkami, a z czasem nauczył się rozpoznawać głos, który każdego wieczoru nucił mu kołysankę. Mijały dni, układając się w tygodnie i tak miejsce późnego lata zajęła zima, trzaskająca mrozem i sypiąca śniegiem. W osadzie zaczęto nosić wilcze futra i czerpać wodę z przerębli. Nic poza tym się nie zmieniło, a samej Trusel wcale to nie przeszkadzało. Gdyby jeszcze Jori nie musiał tak często opuszczać domu i jeździć, bogowie wiedzą gdzie i po co, ona byłaby znacznie spokojniejsza. Ruszyła do domu, wyczuwając w powietrzu jakąś groźbę. Kiedy zostawiła wodę w dużej izbie i sprawdziła, czy Havgrim śpi, owinęła się wełnianym szalem i poszła do osady, gdzie wokół ognisk tłoczyli się wszelacy odmieńcy, znajdujący w Sort Skrik schronienie.
-Torina!- krzyknęła, rozglądając się wśród tłumu nowoprzybyłych i starając się wyłowić wzrokiem postać przyjaciółki. –Torina!- ale czarownicy nigdzie nie było. Czując, jak serce podjeżdża jej do gardła, Theli ruszyła w stronę najokazalszego domu i, nie czekając na niczyje zaproszenie, przekroczyła prób. –Torina?
-Trusel.- czarnowłosa Rzymianka nie wykazała żadnego zdumienia niespodziewaną wizytą swej uczennicy. –Czy coś się stało?
-Też to czujesz, prawda?- blondynka ruszyła w stronę paleniska, sprawnie rozpuszczając włosy. Ciężkie loki w kolorze złota opadły jej na ramiona i spłynęły kaskadą po plecach. Do cynowej misy nalała wody z dzbana stojącego na trójnogu i przykucnęła tuż obok ognia. Szepnęła coś pod nosem, po czym włożyła rękę wprost w płomienie i wyciągnęła garść żarzących się węgli. Wrzuciła je do wody i spojrzała. Puk wytoczył się z kąta i otarł o jej nogi, wchłaniając w siebie krople wody ściekające ze spódnicy wojowniczki. Powierzchnia wody falowała niespokojnie, a po chwili przed oczami kobiety zaczęły się przesuwać dziwne sceny. Osady, puste i ciche, wymarłe doliny, opustoszałe zamki i Śmierć, tańcząca swój makabryczny taniec. Śmierć podążająca traktem, popychająca przed sobą jakąś chudą kobietę, powiewającą białą chustą. Obraz zamazał się, by po chwili znów się ujednolicić. Ludzie, wędrujące tabory. Wozy załadowane dobytkiem, krowy i kozy prowadzone ze sobą, czasem traktem, a czasem przez góry, śmiertelnie niebezpieczną drogą. Dwimerytan poznała swoją rodzinną Skanię, jej pejzaże, jej spokój. Ludzi uciekali na wszystkie strony. Do bliskiej Norwegii i dalekiej Suomi. A wszędzie towarzyszyły im te dwie, przerażające postacie – Śmierć i Mór. Błękitnooka odepchnęła od siebie misę tak mocno, że aż przewróciła trójnóg, na którym leżała.
-Co widziałaś? Dwimerytan, co zobaczyłaś?- zapytała z przerażeniem czarnowłosa.
-Zaraza…- wyszeptała blondynka, podnosząc z ziemi szal, który musiał zsunąć się z ramion młodszej czarownicy, kiedy była w transie.
-Odpocznij.
-Nie ma czasu, Torina. Opiekuj się Havgrimem, ja muszę jechać.
-Dokąd? Dziewczyno, jeśli poza granicami lasu faktycznie panuje zaraza, musisz zostać tutaj! Jori wróci.- jasnowłosa skrzywiła się.
-Mnie nic nie grozi. Zajmij się moim synem, ja jadę szukać swojego męża.- nie czekając na odpowiedź swojej przyjaciółki, ruszyła przed siebie. Nawet nie wiedziała kiedy, znalazła się w domu.
-Przygotowała ci ubranie i konia. Zostanę z małym. Jedź.
-Jezebel?- szatynka przytuliła przyjaciółkę.
-Będziemy na ciebie czekać. On i ja.
*
Myszaty koń galopował przez pokryte cieniutką warstwą śniegu ścieżki. Na jego grzbiecie siedziała drobna postać szczelnie okutana w skóry, wioząca na plecach miecz w starannie uszytej pochwie. Dwimerytan zatrzymała zwierzę i rozejrzała się uważnie. Tiveden przykryte cieniutką warstwą białego puchu było zupełnie innym miejscem. Trusel ruszyła dalej, kierując się orientacyjnie na wschód. Intuicja kobiety, żony i czarownicy podpowiadała, że Jori najpewniej pojechał do swojego domu. Zaraza mu nie zagrażała, nosił na szyi alraunę, znał się na ziołach i na chorobach. Mimo wszystko poczucie jakiegoś irracjonalnego niepokoju nie dawało jej chwili wytchnienia. Zatrzymała konia i pogłaskała go po karku.
-Wiesz, Froske? Znajdziemy Joriego razem, tak?- trąciła ucho zwierzęcia. Parsknął i zarżał. Dwimerytan starała się to poczytać za dobrą wróżbę. Przytuliła policzek do ciepłego karku wierzchowca i wyszeptała krótka modlitwę do Freji. Nie bała się, strach był uczuciem, o którym dawno już zapomniała. Czuła tylko delikatne mrowienie gdzieś w kręgosłupie, a to zwiastowało kłopoty. Wsunęła dłoń pod futrzana kurtkę i sprawdziła czy sztylet jest tam, gdzie go włożyła. Upewniwszy się, co do swego uzbrojenia, ruszyła dalej, modląc się w duchu o to, by odnaleźć właściwą drogę. Gdzieś w jej głowie zaświtała myśl, że od jej pospiechu zależy więcej niż jedno życie.


komentarze [11]

† Wikingowie cz.III - Wilcze jagody † >> środa, 23 sierpnia 2006 12:43:47
Biała sukienka z solidnej wełny spływała jej do stóp. Czarne włosy związała w ciężki warkocz. Siedziała przy stole w największej izbie domu Milara i bawiła się czarnopiórą strzałą Jorgssona. Wspominała pierwsze lata ich znajomości, kiedy jako mała, kapryśna dziewczynka miała się uczyć elementów uzbrojenia i wszelakiej teorii walki. A później, po kilku latach stanęła naprzeciw swojego dawnego mistrza z mieczem w dłoni i wygrała. Na myśl o tym zwycięstwie, okupionym kilkoma ranami, litrami potu i łez, uśmiechnęła się mimowolnie. Miała szesnaście lat. Tamtego dnia bogowie po raz pierwszy podali jej swą dłoń w chwili, kiedy uniosła miecz. Od tamtej pory wszystko było proste. Aż do teraz. Odłożyła bełt i oparła głowę o krawędź wysokiego krzesła. Im bliżej wykonania jej zadania, tym bardziej wydawało się one proste a droga do niego, zawiła. I jeszcze wikingowie. Jarlowie z wyspy Jomsborg. I Hennig. Ten sam Hennig, który był dla niej jak ojciec, jak brat, jak mentor, który wskazywał właściwą drogę.
-Frue?- podniosła głowę i mało przychylnie spojrzała na rudego Saksona, stojącego w drzwiach.
-Czemu nie jesteś z resztą? Do świtu jeszcze kawał czasu.- burknęła, nie siląc się nawet na uprzejmość. Jormund uśmiechnął się wyzywająco, podchodząc do kobiety.
-Mógłbym spytać dokładnie o to samo, pani.- stwierdził bez cienia szacunku w głosie. Wzruszyła ramionami.
-Nie nawykłam do tłumaczenia się komukolwiek.
-A ja do tłumaczenia się kobiecie.- wykonała jakiś skomplikowany gest ręką, po czym sięgnęła po strzałę i zaczęła się nią bawić, jak przed chwilą.
-Jeśli jesteś taka, jak w tych wszystkich opowieściach, które o tobie krążą, to powinnaś się domyślić do znaczy Jormungander.
-W każdej opowieści można znaleźć ziarnko prawdy.- skrzywiła się. –Poza tym, nie wiem, co o mnie mówią. I nie wiem, czy mnie to interesuje.- usiadł na niewysokiej ławie, ustawionej równolegle do stołu.
-Ktoś chce cię zabić, pani.
-Daj sobie spokój z ta panią, Gal. Tu nazywają mnie Veja.- potarła czoło i splotła dłonie na podołku. –Runy Ragnarok to nie najlepszy zwiastun. A moja śmierć jest kilku osobom na rękę.- dodała ciszej.
-Również komuś na Wyspach?- powoli podniosła na mężczyznę swój chłodny wzrok.
-Coś sugerujesz?
-Jorgsson przypłynął na Jomsborg trzy tygodnie temu i pytał o drogę na Rozewie. Z Bornholmu. Drakkar miał Jutlandzkie barwy. I co teraz powiesz?
-Dlaczego miałabym ci uwierzyć? Jesteś Sasem, jesteś tu obcy.- sprawdziła opuszką palca czy grot jest naostrzony. –Sama nie wiem jak to się stało, że przyjechałeś z Thiodolfem.
-To bardzo proste. Jestem bardzo bogatym człowiekiem, więc liczę się nie tylko na Bornholm, ale i na wyspie Wolin.- patrzył na nią uporczywie. Miał intensywnie zielone oczy i paskudny uśmiech.
-Czy powiadomienie Rozewszczyzny to aż takie prestiżowe zadanie, że podjął się go taki bogacz jak Jormund Gal z Bornholmu?- wstała i podeszła do niego. –Nie podoba mi się to ani odrobinę.- syknęła, kładąc mu ręce na ramionach.
-I bardzo słusznie.- skrzywił się i objął ją w pasie. –Ty nie jesteś zwykłą kobietą, prawda?- zapytał, przyciągając ją do siebie i patrząc w oczy, które jeszcze przed chwilą czarne, powoli przybierały zielona barwę.
-Myśl sobie, co tak chcesz…- szepnęła mu do ucha. –Ale uważaj, bo jeśli zrobisz coś nieodpowiedniego, to czekając się konsekwencje. Zapamiętaj to sobie.- odsunęła się od niego i podeszła do stołu. –O świcie oddam Henniga morzu. Macie przy tym być.- rzuciła przez ramię i po chwili zniknęła w innej izbie.
*
Mężczyzna w skórzanej zbroi leżał na marach, przykryty białym płótnem żałobnym. Kilka młodych kobiet krzątało się jeszcze wokół zwłok, sprawdzając, czy dopełniły wszystkiego, co nakazuje obyczaj. Wraz z mężczyzną leżała jego broń oraz niewielka ozdoba z końskiego ogłowia, gdyż Porfiria uznała, że koń należy do niej i nie pozwoliła złożyć go w ofierze. Niebo na wschodzie powoli się przejaśniało, kiedy do domu weszła kobieta w białej sukni związanej wysrebrzanym, czarnym pasem, za który wsunięty był miecz. Czarnowłosa w dłoniach trzymała strzałę, a właściwie samo jej drzewce.
-Tarja, włóżcie jeszcze to. Lada chwila ruszamy. Chcę to zrobić o świcie.
-Może lepiej pochować do na lądzie?- zapytała brązowowłosa. Porfiria pokręciła głową.
-Hennig zawsze chciał, żeby go oddać płomieniom i wodzie. Uwielbiał sprzeczności i za to tak go kochałam.- ostrożnie dotknęła całunu.
-Przynajmniej nie cierpiał. Rzuciłaś wspaniale.
-Miałam w tym więcej szczęścia, niż rozumu.- w drzwiach pojawili się czterej mężczyźni. –Zabierzcie mary i zanieście je na plażę, w pobliżu urwiska. Włóżcie go do łodzi tak, jak tu spoczywa. A jeśli dowiem się, że czegoś zaniedbaliście, a nie łudźcie się, będę wiedziała, to źle się to dla was skończy. Zrozumieliście?- zapytała ostrym tonem. Skłonili się w odpowiedzi. –Tarja, mimo wszystko… Jedź z nimi i dopilnuj.- przybrana siostra Veji skinęła głową. Czarnowłosa podeszła do zmarłego i spojrzała na jego twarz, ukrytą pod białym całunem. –Żyłeś i zginąłeś jak wojownik. Z ręki swojego ukochanego ucznia. Kiedyś to sobie wyjaśnimy. Wierzę w to.- wyszeptała i wyszła. Zimne, jesienne powietrze sprawiło, że zadrżała.
-Panienko, którego konia osiodłać?- zapytał jeden z wojów Milara.
-Hesta, jak zawsze.- odpowiedziała, wpatrując się w ciemne, ponure niebo, usiane z rzadka gwiazdami, których blask jeszcze nigdy nie wydawał się kobiecie tak odległy, jak w tej chwili.
-Veja, wszystko w porządku?- rozległ się obok niej ciepły, przyjemny głos Ziemowita. Czarnowłosa wyprostowała się i popatrzyła przed siebie.
-Nic nie jest w porządku. Już od dawna nie czułam się tak bardzo źle.- objął ją ramieniem.
-Marzniesz, przemęczasz się, niedosypiasz. Powinnaś odpocząć.
-Chciałabym Ziemek, uwierz mi, bardzo bym chciała, ale boję się chociaż na chwile zamknąć oczy.
-Ochronię cię, jeśli tylko zechcesz. Veja, wciąż jesteś w moim sercu, jeśli tylko zechcesz, ja…- pokręciła przecząco głową.
-Zapomnij. O to jedno cię błagam. Zapomnij, że kiedykolwiek coś do mnie czułeś, tak jest najlepiej.
-Dlaczego?- zapytał, wciął ją obejmując. Czuł jak drżała. Nie wiedział czy z zimna, czy z jakiegoś innego powodu.
-Jak bardzo cię zranię, jeśli powiem, że nigdy nic do ciebie nie czułam? Nie, nie udawałam…- dodała pospiesznie, odwracając się twarzą do młodego mężczyzny. –Bardzo chciałam cię pokochać i uwierzyłam, że to możliwe. Niestety, wiara nie wystarczy. Płótno mojego życia jest już od dawna utkane i nie splata się z twoim, a przynajmniej nie tak, jakbyś tego chciał. Ziemowit… Proszę, zapomnij.- spuściła głowę, wpatrując się z niewyraźny zarys swoich butów.
-Bardzo mnie to zaboli, to prawda. Ale jestem mężczyzną, nie dzieckiem i pogodzę się z tym. Nie obiecywaliśmy sobie przecież niczego.- powiedział i odszedł. Jeśli Porfiria sądziła, że po wypowiedzeniu tych słów zrobi jej się lżej, to doszła do wniosku, iż lepiej było milczeć i czekać na samoistne rozwiązanie tej sytuacji. Wiatr wzmagał się z każda chwilą, wyjąc pośród konarów mocnych, starych sosen. Z domu oddanego do dyspozycji wikińskim posłom wychynął Thiodolf w kaftanie z jeleniej skóry.
-Pani, Jormund powiedział, że chcesz byśmy uczestniczyli w pochówku tego człowieka. Najemnika.- powiedział swoich twardym, gardłowym głosem. Pokiwała głową, obejmując się ramionami, jakby to miało ją ochronić przed wszechobecnym chłodem, niespodziewanym po tak pięknej i ciepłej jesieni. Zwalisty blondyn zmarszczył czoło. –Czy godzi się oddawać takie honory zwykłemu mordercy?- ponownie skinęła głową, zastanawiając się do czego owa indagacja ma prowadzić. –On chciał przecież cię zabić, pani.- powiedział z naciskiem wiking. Porfiria stwierdziła, że ponowne skinienie i tak nie sprawi, że Thiodolf zamilknie, a może spowodować lawinę pytań.
-Jeśli wiesz lepiej co powinnam robić, to dziwie się, że to ja a nie ty, jestem księżniczką Danii i Wojowniczka Bogów.- rzuciła tonem o wiele zimniejszym od listopadowego powietrza i ruszyła przed siebie. Niebo na wschodzie z każdą chwilą rozjaśniało się coraz bardziej.
*
Łódź kołysała się na niewielkiej fali, oddalając się powoli od brzegu. Porfiria dała znać jednemu w wikińskich wojowników i powietrze przeszyła płonąca strzała. Dosięgła burty, która prawie natychmiast rozbłysnęła jasnym językiem ognia. W ślad za pierwszym, poszybowały kolejne bełty. Czarnowłosa kobieta w milczeniu patrzyła jak łódź oddala się w nikłym świetle przedświtu.
-Żegnaj Hennigu. Spotkamy się jeszcze. W Walhalli.- po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
-Frue?- rudy Sakson, Jormund Gal spojrzał na nią z niepokojem.
-Wszystko dobrze. Nigdy nie widziałeś płaczącej kobiety? –Był mi nauczycielem i przewodnikiem. I wiem, że nigdy nie zrobiłby mi krzywdy. Darzyliśmy się uczuciem.- mężczyzna zamilkł.
-Veja, załóż płaszcz. Zimno jest.- szepnął czarnowłosy wojownik, okrywając ramiona dziewczyny brunatnym materiałem.
-Dziękuje, Regis. Z wszystko.- szepnęła, kiedy delikatnie starł mokry ślad z jej policzka.
-Pani. Czas nam w drogę.- Thiodolf położył jej dłoń na ramieniu. –Musisz się przygotować, pani.- uśmiechnęła się krzywo.
-To wy opuszczacie te ziemie. Wy i mój list, który dostaniesz. Ja zostaje tutaj.
-Nie możesz pani.- oburzył się jarl.
-Oczywiście, że mogę. A jeśli chcesz mnie odwieść od moich planów to będziesz mnie musiał pokonać, a ostrzegam, od dawna nikomu się nie udało.
-Jestem pewien, że twój ojciec pani życzy sobie oglądać cię jak najszybciej.- spuścił z tonu starzec.
-Jeśli tego chce, to pokażcie mu, którędy na Rozewszczyznę. I niech pyta o panią z Trójdębia, a trafi do mojego Grodu. Nie będę się wam tłumaczyć z tego, co robie. Ja tu jestem panią, nie wy.- położyła ostrzegawczo dłoń na jelcu miecza. –Pojedziecie na Jomsborg i oddacie pismo temu, kto będzie dowodził łodziami. Skończyłam rozmowę.- popatrzyła lodowato na posła i odwróciła się. Po chwili siedziała już w siodle mocno zbudowanego gniadosza. –Wikingowie za mną.
-Mściborowy za mną!- krzyknął Ziemowit obracając konia dookoła własnej osi. Od klifu powiał lodowaty wiatr, strącając igły z modrzewi rosnących nieopodal. Na drodze naprzeciw formujących szyk ludzi pojawił się niewielki myszaty konik niosący na swoim grzbiecie białowłosego mężczyznę w ciemnozielonym płaszczu. Zarata, Regis i Porfiria jak na komendę ruszyli przed siebie.
-Siostro.- skłonił się Dunce.
-Bracie.- odpowiedziała tym samym. –Nie wzywałam cię. Co się stało?- Porfiria ściągnęła wodze swojego konia, niecierpliwie przestępującego z jednej nogi na drugą.
-Wiem gdzie jest Mała Wojowniczka.- powiedział, patrząc na Zaratę.
-Znalazłeś moją siostrę? Czy ona żyje?- blondynka pochyliła się w stronę czarnoksiężnika.
-Żyje. Jeszcze. Ale nie wiem jak długo jeszcze utrzyma się przy życiu. Śmierć jest nad nią. Musisz się spieszyć. Runy wieszczą koniec.
-Krew na śniegu.- wyszeptała Veja, marszcząc brwi. –Mój sen. Śniłam o krwi na śniegu. Naszej krwi, ale… Jomsborg. Musze tam pojechać, wiem o tym aż za dobrze.- pogładziła silny kark swojego wierzchowca.
-Czas się rozdzielić.- szepnął Wojownik. Mori pokiwał głową.
-Ty pojedziesz z Siostrzyczką na wyspę, a Zataria znajdzie Małą Wojowniczkę. Obiecuję swoja pomoc.- blondynka wodziła swoimi zielonymi oczyma od przyjaciółki do czarnoksiężnika.
-Myślę, że to dobre rozwiązanie. Jeśli potrzeba będzie siły, jest drużyna Milara i Slava. Jeśli potrzebne będą czary, jest Mori i Domina. Zara, poradzisz sobie.- Zataria pokiwała głową.
-Powinniśmy ruszać natychmiast, ale nie mam ekwipunku. Jeśli Mori na mnie zaczeka, to…
-Oczywiście, że zaczekam.- uśmiechnął się białowłosy w jakiś dziwny, pociągający sposób, po czym naciągnął kaptur na oczy.
-Ja musze wyprawić swoich kosmatych rodaków.- uśmiechnęła się Veja, ruszając przed siebie. –Jomsborg!- krzyknęła, wskazując kierunek i przyspieszyła. Szesnaście koni wolnych jarlów podążyło za nią.
-To jest ta sama dziewczyna, która służyła u Latavii i uratowała Mieszka? Ta, która opierzała ze mną strzały i przebierała groch w Trójdębiu?
-Teraz to jest pani Sverige. I uważam, że bardzo jej z tym do twarzy.- westchnął Mori i podążył za Wojowniczką Bogów.
*
Leżała w swojej jamie, na niewielkiej kupce słomy i wpatrywała się w okienko starannie oplecione tarniną. Słońce już zachodziło, a ona czekała na wieczorny posiłek, który składał się z kawałka chleba, kubka mleka i czegoś jeszcze, o ile Wildze udało się coś przemycić. Kiedy darń została uniesiona, sypiąc na dziewczynę wszystkim czym się dało, do jamy zszedł nie drobny, ciemnowłosy chłopak, który zawsze przynosił jej jedzenie, tylko ten jasnowłosy wojownik, z którego miała już wątpliwą przyjemność poznać wcześniej.
-Przyniosłem ci coś gorącego i czyste ubranie.
-Obejdzie się.- mruknęła wstając i odchodząc jak najdalej od niego.
-Vierna, moja śliczna, przestań się zachowywać jak dziecko. Jesteś już kobietą.
-W czym miałeś swój nic nieznaczący udział.
-Jeśli chcesz się kłócić to nie ma problemu, moja panno. Lubię kobiety z charakterem.
-A ja nie lubię mężczyzn bez honoru. Jeśli nie masz mi już nic więcej do powiedzenia, to wracaj skąd przyszedłeś.- roześmiał się, stawiając zupę na klepisku.
-Zadziwiasz mnie, Zataria, naprawdę. Siedzisz tu od kilku dni o chlebie i wodzie a zachowujesz się jak udzielna księżniczka. I jesteś niemiła.- podszedł do niej. –A pamiętasz, co o tym mówiłem.- dodał z uśmiechem.
-Żeby cię tak Czarnogłów przetrącił.- syknęła.
-Kiedyś z pewnością. Tymczasem zjedz, przebierz się i czekaj na mnie. Znalazłem ci zastępstwo.
-Co, proszę?
-Zabieram cię stąd. Pamiętasz… Jeśli ty będziesz miła, ja też będę miły. Przedwczoraj byłaś, więc kolej na mnie. Zawiozę cię w bezpieczne miejsce.
-Będę mogła wrócić do domu?- rozpromieniła się jak słoneczko.
-Nic podobnego.- odparł, odrzucając swoje jasne włosy na plecy. –Ale będziesz mogła się najeść do syta i wykąpać.
-Moja siostra cię zabije, przysięgam.- w odpowiedzi przyciągnął ją do siebie i pocałował. Dziewczyna najpierw zesztywniała, ale po chwili rozchyliła lekko usta, pozwalając mężczyźnie dokończyć pocałunek. –Nie wiem nawet jak cię nazywają…- szepnęła, nie otwierając oczu.
-Wizun.- odpowiedział i wypuścił ją z ramion. –Czekaj na mnie. I zjedz tę zupę, zanim nasypią ci do niej piachu.- ruszyła za nim i podniosła miskę z parującą, mocno pachnącą ziołami zawartością.
-Zabierzesz mnie stąd, tak po prostu? Nic ci nie grozi?
-Nic. Zupełnie nic.- uśmiechnął się w półmroku po czym zagwizdał.
Czas mijał a Vierna, w czystej sukience siedziała na klepisku i wpatrywała się w okienko, przez które widziała tylko i wyłącznie ciemność. Nagle sufit jej więzienia uniósł się i do środka brutalnie wrzucono młodą dziewczynę. Zataria stwierdziła ze zdumieniem, że nieznajoma była do niej podobna. Ktoś spuścił drabinę i jakaś drobna postać z pochodnia wślizgnęła się do środka.
-Wilga? To ty?- szepnęła Litwinka wstając. Córka Zborowskiego pana uśmiechnęła się nerwowo.
-Musisz uciekać. Wizun wszystko przygotował. Dasz rady konno?
-Poradzę sobie. A ta dziewczyna?- rudowłosa wzruszyła ramionami. –Ojciec i tak się nie zorientuje. A ja przyjadę do ciebie, kiedy ojca nie będzie. Poczekasz na mnie?
-Oczywiście, że poczekam. Chodźmy już.
*
Świtało. Nie miała pojęci ile drogi przespała, siedząc na koniu przed młodym wojownikiem.
-Gdzie jesteśmy?- zapytała trąć oczy.
-Prawie na miejscu.- rozejrzała się wokoło i ze zdumieniem stwierdziła, że ich koń kroczy po złocistym piasku, a morska woda szumi tuż obok.
-To Rozewie?- zapytała, kręcąc się niespokojnie.
-Chciałabyś.- szepnął jej do ucha. –Nie powiem ci, dokąd jedziemy, bo inaczej uciekniesz.
-I tak ucieknę.
-Ciekawe w jakim kierunku.- roześmiał się Wizun, poganiając konia. Nie odpowiedziała, uznając słuszność jego słów. Po kilkunastu minutach ruszyli przez wydmy do rzadkiego sosnowego zagajnika, a dalej, wąską ścieżką w stopniowo gęstniejący las.
-Mieliśmy być już na miejscu.- stwierdziła, biorąc wodze w ręce i popędzając konia tak, że wszedł w drobny kłus.
-Vierna…- mruknął, przygarniając ją do siebie. Krok konie powodował u nich dość jednoznaczne ruchy. Kiedy dziewczyna poczuła, ręce mężczyzny na swoich udach, zatrzymała konia w miejscu.
-Przestań.
-Poczekam aż dojedziemy i sobie odbiję, bądź na to przygotowana.
-Poszukam sobie wilczej jagody i się otruję. Albo jeszcze lepiej, otruje ciebie.
-Zanim to zrobisz, weźmiemy długą, wspólna kąpiel w jeziorku, koło domu. – powiedział jej do ucha.
-Świetnie. W takim razie się utopię.
-Vierna?- odwróciła się lekko i spojrzała na swojego niedawnego wroga a obecnie wybawiciela. –Mówiłem ci, że jesteś śliczna?- skrzywiła się lekko.
-Mówiłeś.
-Mhm…- trącił konia piętami i zwierzę ruszyło przed siebie.
-Wizun, czy ty wiesz dokąd my tak właściwie jedziemy?- zapytała po kolejnych kilkunastu minutach przedzierania się przez coraz trudniejszy teren.
-Oczywiście, że wiem. Zamknij oczy i otwórz jak ci powiem.
-Jakie to romantyczne.- syknęła dziewczyna.
-Milcz już.
-Nie będziesz…
-Zamilcz kobieto i posłuchaj. Będę musiał wrócić do Zborowa, a ty zostaniesz tutaj. Z moja matką.
-Co, proszę?- obejrzała się na blondyna. –Żartujesz sobie ze mnie.
-Otóż, nie. A teraz uważaj, bo to skomplikowane. Musisz udawać moją kobietę.
-Gdzie te wilcze jagody?- rozejrzała się dookoła dziewczyna.
-Albo będziesz ze mną spać, albo wrócisz tam, skąd cię zabrałem. Jestem pewien, że się poświęcisz.
-Przy pierwszej okazji cię zabiję, pamiętaj o tym.
-Postaram się nie zapomnieć. Zamknij oczy, przekraczamy granicę między magią a rzeczywistością.
-To znaczy, że to wszystko jest tylko snem, a ja się teraz obudzę.- szepnęła, opierając się o jego tors.
-Coś w tym kształcie.- zatrzymał wierzchowca i zeskoczył na ziemię. Dziewczyna poprawiła włosy, które w trakcie podróży splotła w warkocz i wyprostowała się w siodle. Blondyn uśmiechnął się lekko. Mimo że spędziła kilka dni w zamknięciu, o głodzi i chłodzie, teraz prezentowała się nad podziw ładnie. Pociągnął konia za sobą i wprowadził go na mała łączkę otoczoną borem sosnowym. W cieniu wielkich, wiekowych drzew połyskiwała czarną wodą sadzawka. Trawa wokół niej wciąż była zielona i sprawiała wrażenie soczystej. Po przeciwnej stronie polany znajdował się dom z sosnowych bali, duży i solidny, o dachu porośniętym mchem i wrzosem.
-Vierna, otwórz oczy…- szepnął, przytrzymując gniadosza.
-Bogowie… Ja śnię?
-Nie śnisz, moje dziecko.- odpowiedział ciepły głos, a oczom młodej wojowniczki ukazała się kobieta o jasnych włosach i czujnych, szarych oczach. –Nie spodziewałam się ciebie, synku. Ani, tym bardziej was obojga, ale cieszę się. Chodźcie do domu, musicie być zmęczeni.- spojrzała na młodego mężczyznę z uśmiechem, po czym weszła do domu.
-Wizun?- szepnęła Litwinka zsiadając z konia.
-Tak?- pociągnął zwierzę za sobą.
-Powinnam cię nienawidzić i przeklinać.
-Powinnaś?
-A jak ci się wydaje?- burknęła, obrażona. –Tylko, że … Nie potrafię.
-Jesteś głodna i zmęczona, jak odpoczniesz znów będziesz mnie chciała truć wilcza jagodą.
-Poszukam trujących grzybów, specjalnie dla ciebie.- uśmiechnęła się szeroko.
-Trzymam cię za słowo.- odpowiedział z tym swoim pokrętnym wyrazem twarzy.
*
-Cynrik i Jormund zostaną dla obrony i usługi naszej pani.- Thiodolf skłonił się sztywno Porfirii, która ostrzegawczo położyła dłoń na głowni miecza. –My zaś ruszamy na Jomsborg, by godnie przywitać duńskich panów.- dokończył jarl, po czym skłonił się raz jeszcze i wyszedł do czekających na podwórcu koni.
-Dziwni ludzie…- mruknął Milar, do młodych dziedziców. Cewice pokiwali głowami, wpatrując się w kobietę w białej sukience.
-Wuju, zaraz wrócę.- szepnęła czarnowłosa i poszła w ślad za szybko oddalającymi się wikingami. Wskoczyła na konia, obróciła go dookoła własnej osi i pogalopowała śladem zbrojnych. Zrównała się z kawalkadą tuż za bramą.
-Powiedzcie mojemu ojcu, że żyję i nic mi nie jest. Sam widziałeś, tu jestem taką sama panią jak na wyspach.
-Ale to Słowianie. Wrogowie.
-To ludzie, tak samo jak i my. Potrafią być wdzięczni, tak jak i ja. Thiodolf, nie twierdź, że powinnam zapomnieć o przysiędze jaką złożyłam.
-Tego nie twierdzę, pani.- barczysty wojownik wpatrywał się w niebo nad swoja głową. –Ale będziesz królową i masz zobowiązania na Wyspach i w Svalandzie.- zmarszczyła brwi.
-Za kilka dni spadnie śnieg. Musze być tu z powrotem. Powiedzcie moim ludziom, że wrócę. Jutro o świcie ruszę za wami, ale nie czekajcie.- zawróciła konia.
-Niech cię bogowie strzegę i prowadzą, Frue.
-I was, moi jarlowie. I was.- powtórzyła, popędzając konia i ruszając cwałem. Pierwsze lodowate krople deszczu spadły na jej nieosłonięte płaszczem ramiona na moście, przed wieżami strażniczymi. Wzdrygnęła się mimowolnie, kiedy jedna w wielkich łez niebios spłynęła jej po karku i plecach, z wolna wsiąkając w materiał. Zaklęła pod nosem. Wiedziała doskonale, że nie ma nic bardziej nieprzyjemnego niż długa i niepewna podróż w strugach lodowatego, listopadowego deszczu. Z przeciwka galopował w jej kierunku niewielki, myszaty koń.
-Mori! Czyś ty zmysły postradał? Nie wypuściłabym psa na taką pogodę z domu! Zawracaj do Grodu.- krzyknęła, równając się z nim.
-Runy zmieniły układ.- powiedział czarnoksiężnik, zawracając zwierzę. Deszcz padał coraz mocniej.
-Jak to, zmieniły? Co mówią?
-Problem w tym, że nie pojmuję.- mężczyzna odpiął klamrę ciemnozielonego płaszcza i zdjął go z siebie. –Załóż, siostro. Mokniesz.- pokręciła głową.
-Niech przynajmniej jedno z nas wróci w miarę suche, braciszku.
-Wypaliłaś wapień, jak kazałem?- zapytał, jadąc u jej boku, w strugach zimnej wody. Skinęła głową i wyciągnęła spod sukni talizman. –Mądra dziewczynka.- zatrzymał konia i spojrzał na nią.
-Wracajmy…- poprosiła, odgarniając mokre włosy z twarzy. Uśmiechnął się.
-Wracam do Dominy. A ty uważaj na Regisa, siostrzyczko. I wracaj szybko z Jomsborga, bo pusto tu będzie bez ciebie.- z tymi słowami zniknął miedzy drzewami. Porfiria rozejrzała się dookoła, ale otaczała ją niemalże lita ściana wody.
-Wspaniale.- mruknęła popędzając Hesta przed siebie. –Nie ma to jak cudowna pomorska pogoda. Świeci słońce, a za godzinę pada deszcz. Nieprzerwanie przez następny tydzień.- kichnęła głośno. –Po prostu cudownie. Jeśli się rozchoruję to na żaden Wolin nie pojadę. Ot, co…- mruknęła i pochyliła się nad końskim karkiem, starając się ignorować deszcz chłoszczący ją po twarzy i plecach.


komentarze [7]